W poniedziałek nie idę do pracy. Na razie na dwa tygodnie zostaję w domu, ale chiński przykład pokazuje, że to może trwać znacznie dłużej - u nich zaczęło się w listopadzie, a dopiero teraz powoli zaczynają się otwierać.
Wieści ze świata są straszne i niestety dotyczą najbliższych: trójka lekarzy na pierwszej linii frontu oraz działające wciąż szkoły - to nie jest optymistyczne. Nie rozumiem tamtego społeczeństwa, czytam ich prasę i nie widzę żadnych sprzeciwów. Rząd wymyślił, że przepuści przez nich wirusa, najsłabsi umrą, a zostaną tylko silni i nic. Włosi też zamawiali taksówki pod szpitale i jeździli do knajp. No. *
Umarła żona A. na całkiem innej półkuli. Płuca.
Wczoraj jeszcze krążyłam po mieście, Większa śmieje się, że jestem super spreader, bo byłam w aż trzech sklepach (w dwóch jako jedyna klientka), a potem jeszcze odwiedzałam starszych członków rodziny rozwożąc wiktuały. Rodzice dali mi kasę na zakupy - zawsze dają, a ja nigdy nie biorę, ale wczoraj poczułam, że jest zbyt poważnie - trzeba się będzie nagimnastykować, żeby im to jakoś zwrócić. Ojciec jest karny i siedzi w domu, ale mama ze swoim adhd długo nie wytrzyma, dobrze, że ma działkę, a tam jest sama. Muszę tylko nakazać, żeby zachowywała dystans podczas rozmów z ludźmi przechodzącymi mimo, tylko, że ona jest strasznie niesubordynowana i tego się najbardziej boję.
Zaczęłam czytać "Miłość w czasach zarazy" (ciekawe dlaczego akurat taki wybór), a tu dolatują informacje, że "Dżuma" poszybowała w rankingach sprzedaży, jak widać nie ja jedna wpadłam na taki pomysł, bo u i mnie Camus stoi w kolejce. Całe szczęście, że jest sieć i nieograniczony dostęp do książek, tylko, że przy tej obfitości czasu i lektury maleje apetyt, no zobaczymy.
*apdejt po lekturze fejsbuka:
Otóż, nieprawdą jest jakoby obyło się bez protestów, bo jeszcze w czwartek został do rządu wystosowany list otwarty podpisany przez blisko 300 naukowców z brytyjskich uniwersytetów i innych instytucji, gdzie wyłożone wszystkie racje stojące za zamknięciem kraju, na co minister zdrowia odpowiada, że planuje się skierowanie prośby do osób w wieku powyżej 70 o pozostawanie w izolacji. Planuje się skierowanie tej prośby W NAJBLIŻSZYCH TYGODNIACH. Nie już, na razie niech się zarażają, roznoszą i wymierają. Be reasonable people.
niedziela, 15 marca 2020
niedziela, 17 listopada 2019
Akcja czytaj pl - książki za darmo
Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda, ale jeśli zbłądzi choć jedna dusza i skorzysta to i tak warto.
Akcja ma swoją historię, ale o tym można poczytać u źródeł, grunt, że przez cały miesiąc jest dostępnych 12 różnych książek całkiem za darmo tu: http://czytajpl.pl/
Co trzeba:
- trzeba zainstalować aplikację woblink na urządzeniu
- zeskanować kod
- czytać
Wiem, że jest połowa listopada, ale spoko, ja co roku przypominam sobie o akcji w połowie jej trwania, a i tak daję radę przeczytać wszystko to, co dla mnie interesujące.
No dobra, plakat z kodem i informacjami o konkursie, bo jest też konkurs :) ----> TU
Akcja ma swoją historię, ale o tym można poczytać u źródeł, grunt, że przez cały miesiąc jest dostępnych 12 różnych książek całkiem za darmo tu: http://czytajpl.pl/
Co trzeba:
- trzeba zainstalować aplikację woblink na urządzeniu
- zeskanować kod
- czytać
Wiem, że jest połowa listopada, ale spoko, ja co roku przypominam sobie o akcji w połowie jej trwania, a i tak daję radę przeczytać wszystko to, co dla mnie interesujące.
No dobra, plakat z kodem i informacjami o konkursie, bo jest też konkurs :) ----> TU
( https://akcja.czytajpl.pl/krzewiciel.html )
poniedziałek, 25 grudnia 2017
mein neuer Lieblingsweihnachtsfilm
Siedzę, a na moich kolanach spoczywa brzuch. Bo są święta, więc nie żałuję sobie czekolady, daktyli, pomarańczy, jabłek, orzechów, ani niczego innego. Jutro dodatkowo robię sałatkę wielowarzywną, bo choć w obliczu ilości potraw matka zakazała jakichkolwiek dodatkowych wyczynów kuchennych, to jednak co to za święta bez sałatki z majonezem. Najwyżej się rozpękniemy.
Ojciec się dzisiaj trochę naburmuszył, bo śmiałam zakwestionować konieczność łykania tych wszystkich pastylek, a matka mi przyklasnęła. To się wściekł, na krótko wprawdzie, bo u mnie w rodzinie jak już wybuch to krótki, że nie dość poważnie traktujemy jego dolegliwości, no a tato jednak pielęgnuje. No i w końcu nie wiem, jak to z nim jest, na ile rzeczywiście kiepsko się czuje, a ile w tym przesady. Mama z tego kpi, ale nigdy przy nim, cwaniara, po ponad pół wieku zna się na nim. Potem się każde usadowiło przed swoim telewizorem, to sobie poszłam. Wszystko to nie przeszkadza im jutro zgodnie iść do A. ze skrzynką jabłek, a ja ich muszę z tych baletów przywieźć, co skończy się tym, że zostanę posadzona za stołem i nakarmiona oraz osaczona przez wzrok psa. Psa mają nad wyraz grzecznego, ale gdy pojawia się jakiś naiwniak, to zaraz prezentuje wzrok świadczący o zbliżającej się śmierci głodowej, no i trzeba dokarmiać pod stołem. Na szczęście gospodarze się tylko z tego śmieją.
Zapomniałam już, że lubię niemieckie filmy, aż dzisiaj trafiłam na "Obendrüber, da schneit es". Pomysł typowy: nadchodzące święta, różni ludzie i różne sprawy, raczej smutne, a łączy ich wspólnie zamieszkiwana kamienica. Nie tak gładki i słodki jak produkcje anglosaskie i nie tak ... khm, jak kino rodzime. Aktorzy są umiarkowanie urodziwi, mają krzywe zęby, parkiety skrzypią, a jednak łzy lałam i zasmarkałam się po pas.
Ojciec się dzisiaj trochę naburmuszył, bo śmiałam zakwestionować konieczność łykania tych wszystkich pastylek, a matka mi przyklasnęła. To się wściekł, na krótko wprawdzie, bo u mnie w rodzinie jak już wybuch to krótki, że nie dość poważnie traktujemy jego dolegliwości, no a tato jednak pielęgnuje. No i w końcu nie wiem, jak to z nim jest, na ile rzeczywiście kiepsko się czuje, a ile w tym przesady. Mama z tego kpi, ale nigdy przy nim, cwaniara, po ponad pół wieku zna się na nim. Potem się każde usadowiło przed swoim telewizorem, to sobie poszłam. Wszystko to nie przeszkadza im jutro zgodnie iść do A. ze skrzynką jabłek, a ja ich muszę z tych baletów przywieźć, co skończy się tym, że zostanę posadzona za stołem i nakarmiona oraz osaczona przez wzrok psa. Psa mają nad wyraz grzecznego, ale gdy pojawia się jakiś naiwniak, to zaraz prezentuje wzrok świadczący o zbliżającej się śmierci głodowej, no i trzeba dokarmiać pod stołem. Na szczęście gospodarze się tylko z tego śmieją.
Zapomniałam już, że lubię niemieckie filmy, aż dzisiaj trafiłam na "Obendrüber, da schneit es". Pomysł typowy: nadchodzące święta, różni ludzie i różne sprawy, raczej smutne, a łączy ich wspólnie zamieszkiwana kamienica. Nie tak gładki i słodki jak produkcje anglosaskie i nie tak ... khm, jak kino rodzime. Aktorzy są umiarkowanie urodziwi, mają krzywe zęby, parkiety skrzypią, a jednak łzy lałam i zasmarkałam się po pas.
wtorek, 5 grudnia 2017
ósmy tydzień
Wczoraj podskoczyłam, dwa razy i natychmiast się przeraziłam, słusznie zresztą, bo organizm natychmiast powiedział, że ok, że on rozumie, ale jeszcze nie pora. W końcu czuję się normalnie, ale jeszcze nie wszystkie czynności i nie we wszystkich dawkach są dla mnie dostępne.
Dochtór zachwyca się swoją robotą przy każdym mnie oglądaniu i powtarza, jakie to było duże i poważne. Ja nigdy nie odczułam powagi. Jedyne, co się czuje to ból, bo najpierw czuje się tylko ból i niewygody. Potem, gdy mija najgorsze, czuje się przypływ energii, co w połączeniu z lekturą forów internetowych jest dość niebezpieczne, bo można sobie zrobić krzywdę, co zresztą uczyniłam. Wtedy pojawia się strach i zniechęcenie. Na szczęście, ostatnim razem dochtór znowu cmokał z zachwytu i powiedział, że nie będzie śladu. Na razie jest, wprawdzie ciało nie przypomina już pola bitwy, ale bordowa krecha stąd dotąd dowodzi, że coś było grzebane. No i operacja to jest generalnie bardzo fajne i zabawne doświadczenie. Przed trzeba wykonać szereg specjalnych czynności rytualnych oraz rytualne przywdziać szaty, potem się wskakuje na taki wózek z wygodna poduszką, który na końcu, o zgrozo, okazuje się prawdziwym stołem operacyjnym. A potem niknie świat, a gdy się na nowo pojawia, to każą oddychać. I już, i jest błogo aż do momentu, gdy zaczynają człowieka wyganiać z łóżka.
Skutkiem ubocznym są liczne zakupy via internet, jeden przemeblowany pokój i plany kolejnych zakupów, ale już na żywo, bo są przedmioty, które trzeba pomacać i wypróbować.
Wartością dodaną są zaś pewne zabiegi dyplomatyczne, które, mam nadzieję, przyniosą planowane efekty, ale to się okaże w przyszłości, a to tego stopniowo.
Jest też szansa, że w tym roku, po raz pierwszy od lat, zdążę zamówić kalendarz w grudniu i w końcu nie będzie on musiał obejmować okresu od lutego do stycznia kolejnego roku.
Dochtór zachwyca się swoją robotą przy każdym mnie oglądaniu i powtarza, jakie to było duże i poważne. Ja nigdy nie odczułam powagi. Jedyne, co się czuje to ból, bo najpierw czuje się tylko ból i niewygody. Potem, gdy mija najgorsze, czuje się przypływ energii, co w połączeniu z lekturą forów internetowych jest dość niebezpieczne, bo można sobie zrobić krzywdę, co zresztą uczyniłam. Wtedy pojawia się strach i zniechęcenie. Na szczęście, ostatnim razem dochtór znowu cmokał z zachwytu i powiedział, że nie będzie śladu. Na razie jest, wprawdzie ciało nie przypomina już pola bitwy, ale bordowa krecha stąd dotąd dowodzi, że coś było grzebane. No i operacja to jest generalnie bardzo fajne i zabawne doświadczenie. Przed trzeba wykonać szereg specjalnych czynności rytualnych oraz rytualne przywdziać szaty, potem się wskakuje na taki wózek z wygodna poduszką, który na końcu, o zgrozo, okazuje się prawdziwym stołem operacyjnym. A potem niknie świat, a gdy się na nowo pojawia, to każą oddychać. I już, i jest błogo aż do momentu, gdy zaczynają człowieka wyganiać z łóżka.
Skutkiem ubocznym są liczne zakupy via internet, jeden przemeblowany pokój i plany kolejnych zakupów, ale już na żywo, bo są przedmioty, które trzeba pomacać i wypróbować.
Wartością dodaną są zaś pewne zabiegi dyplomatyczne, które, mam nadzieję, przyniosą planowane efekty, ale to się okaże w przyszłości, a to tego stopniowo.
Jest też szansa, że w tym roku, po raz pierwszy od lat, zdążę zamówić kalendarz w grudniu i w końcu nie będzie on musiał obejmować okresu od lutego do stycznia kolejnego roku.
wtorek, 8 sierpnia 2017
i John i Jacques i Jekatierina
W Bath lało, więc sklepik z pamiątkami pękał w szwach. Dorośli w luksusowej sytuacji, bo sami wydają swoje pieniądze i kupują blaszane kolczyki, gdy na jarmarku koło domu, można nabyć podobne, srebrne za połowę kasy (mła), ale dzieci w opętańczym amoku usiłują wymóc zakup choć najdrobniejszej pamiąteczki od opędzających się rodziców:
- Мама купи мне эти монеткы - żądza w głosie drobnego blondynka przewyższała błagania spragnionego wędrowca o wodę na środku pustyni.
Matka zważyła w ręce woreczek z czekoladowymi krążkami zawiniętymi w złotą folijkę i zastanawiała się pewnie jak wytłumaczyć synowi, że za te same pieniądze nabędzie wagon znacznie lepszej czekolady w najbliższym spożywczaku.
Kudłaty sześciolatek obracał w palcach pięćdziesięciopensówkę i pertraktował z ojcem przy sąsiednim zasobniku
- Tato, a co ty na latarkę za trzy funty?
- Mamy w domu - z brytyjską flegmą ojciec na to.
To samo we wszystkich obecnych w sklepie językach. Ten sam błagalny ton, wykrzykniki w oczach dziecka i olimpijski spokój rodzica.
- Мама купи мне эти монеткы - żądza w głosie drobnego blondynka przewyższała błagania spragnionego wędrowca o wodę na środku pustyni.
Matka zważyła w ręce woreczek z czekoladowymi krążkami zawiniętymi w złotą folijkę i zastanawiała się pewnie jak wytłumaczyć synowi, że za te same pieniądze nabędzie wagon znacznie lepszej czekolady w najbliższym spożywczaku.
Kudłaty sześciolatek obracał w palcach pięćdziesięciopensówkę i pertraktował z ojcem przy sąsiednim zasobniku
- Tato, a co ty na latarkę za trzy funty?
- Mamy w domu - z brytyjską flegmą ojciec na to.
To samo we wszystkich obecnych w sklepie językach. Ten sam błagalny ton, wykrzykniki w oczach dziecka i olimpijski spokój rodzica.
czwartek, 6 kwietnia 2017
smutna konstatacja o tym, że władza psuje
Truizm, ale gdy dotyka kogoś znajomego, to szczególnie przykro.
Obserwuję P. od jakiegoś czasu i zastanawiam się, kiedy nabierze tyle pewności siebie, żeby w końcu poluzować krawacik. Dosłownie i w przenośni. W małej skali mam to, co widać i na wyższych szczeblach: tuszowanie rzeczywistych lub wymyślonych kompleksów pompą i nadmierną powagą. Przy czym on nie ma powodów, bo sprawdza się w swojej roli.
Obserwuję P. od jakiegoś czasu i zastanawiam się, kiedy nabierze tyle pewności siebie, żeby w końcu poluzować krawacik. Dosłownie i w przenośni. W małej skali mam to, co widać i na wyższych szczeblach: tuszowanie rzeczywistych lub wymyślonych kompleksów pompą i nadmierną powagą. Przy czym on nie ma powodów, bo sprawdza się w swojej roli.
sobota, 18 marca 2017
...
Prześmiewczy, ironiczny, czasem liryczny Młynarski po stokroć tak, ale dwie godziny z panią Umer i jej wyborem pieśni smutniejszych od jej własnego głosu to za dużo na nawet najzdrowszego psychicznie człowieka.
Młynarski odszedł tego samego dnia co T. może nawet tak, jak ona, jakoś po szóstej wieczorem.
Nie mogę sobie przypomnieć kiedy widziałyśmy się ostatni raz, na pewno na symbolicznym pożegnaniu K., kiedy do domu z wielkim ogrodem zjechała cała rodzina. Nasza ostatnia rozmowa telefoniczna dotyczyła mandatów, które dostałyśmy obie za niepraworządne parkowanie w pewien upalny lipcowy dzień w małym sennym miasteczku na południu Polski. Wtedy uparłyśmy się, że nie płacimy dziwnemu gościowi z aparatem :)
Został jakiś film z wykładem w internecie.
A inne historie są zbyt mało ważne i trwają za krótko, żeby je zdążyć opowiedzieć.
Młynarski odszedł tego samego dnia co T. może nawet tak, jak ona, jakoś po szóstej wieczorem.
Nie mogę sobie przypomnieć kiedy widziałyśmy się ostatni raz, na pewno na symbolicznym pożegnaniu K., kiedy do domu z wielkim ogrodem zjechała cała rodzina. Nasza ostatnia rozmowa telefoniczna dotyczyła mandatów, które dostałyśmy obie za niepraworządne parkowanie w pewien upalny lipcowy dzień w małym sennym miasteczku na południu Polski. Wtedy uparłyśmy się, że nie płacimy dziwnemu gościowi z aparatem :)
Został jakiś film z wykładem w internecie.
A inne historie są zbyt mało ważne i trwają za krótko, żeby je zdążyć opowiedzieć.
piątek, 16 grudnia 2016
o łosiach - pielęgnicach
Mogłam dziś spać do oporu, to zbudziłam się po szóstej. Przez okno przyglądałam się budzącemu się powoli miastu. Białym dymom snującym się ponad dachami w zmrożonym powietrzu, czarnemu baletowi wron nad rynkiem - czasem przysiadały tworząc zębaty wzór na kalenicach ratusza i kamienic. Słońce różowiło niebo gdzieś za cerkwią, by w końcu wychynąć zza horyzontu w najmniej spodziewanym miejscu - w lecie wschodzi nad sądem, a teraz gdzieś w polach, co najmniej 90° dalej. W biurach zapalały się pierwsze światła, jacyś pojedynczy przechodnie gnali na łeb na szyję spóźnieni.
*
Władze w Kanadzie przypominają ludziom, żeby jednak nie odpychali łosi od swoich samochodów, tylko pozwolili im zlizywać sól z karoserii, skoro mają taką potrzebę. Taki łoś może ważyć z pół tony, więc shoving one is unlikely to be effective, a może go wkurzyć. Można trąbić, albo włączać alarm. Ja bym tam nie trąbiła, jakby mi ktoś tak troszczył się o karoserię.
*
Rozmawiamy, jest późno jak cholera, więc mówię, że idę.
- Nie zostawiaj mnie tak w trakcie kolacji.
- O tej porze?
- Oj, to tylko batonik dla utrzymania nadwagi.
*
Żegnamy się, szalami owijamy uszy, zapinamy kurtki wciąż rozmawiając o dogadzaniu sobie. A. opowiada o deserze owocowym, który sobie produkują z żoną jeszcze przed północą.
- Ale kolację to się jada trochę wcześniej - mój tato ze śmiechem, jedyna blisko znana mi osoba potrafiąca utrzymać dietę.
- A nie! Kolację to ja jadam o osiemnastej! - odkrzykuje A.
*
Od dentysty do Biedronki, żeby sobie kupić jakąś nagrodę dla dzielnego pacjenta (dentysta wrócił do normalnej, dorosłej fryzury). Do domu przywiozłam "Dziewczynę z pociągu" i pierniki z Torunia (te z Lidla może i atrakcyjniejsze, ale zawierają całą tablicę Mendelejewa - moja szefowa ma syna, a syn ma hopla i kontroluje każdy zakup pod względem zdrowotności, stąd wiem). Na okładce stereotypowe zachwyty innych pisarzy - mają pewnie całe notesiki pełne gotowych na każdą okazję uprzejmych uwag, a w duszy drżą przed konkurencją mogącą ich wykosić z rynku lepszymi pomysłami i zgrabniejszą frazą. "Nie mogłem się oderwać przez całą noc" - pisze Stephen King. No paczpan, a ja padłam po kilku stronach. "Po prostu nie mogłam jej odłożyć"-Tess Gerritsen, a mnie nawet ręka nie zadrżała. Jestem na 37 i na razie jest nudno i depresyjnie, liczę na jakieś rozwinięcie akcji później.
Za siedem minut zadzwoni drugi budzik, trzeba się brać do pracy.
*
Władze w Kanadzie przypominają ludziom, żeby jednak nie odpychali łosi od swoich samochodów, tylko pozwolili im zlizywać sól z karoserii, skoro mają taką potrzebę. Taki łoś może ważyć z pół tony, więc shoving one is unlikely to be effective, a może go wkurzyć. Można trąbić, albo włączać alarm. Ja bym tam nie trąbiła, jakby mi ktoś tak troszczył się o karoserię.
*
Rozmawiamy, jest późno jak cholera, więc mówię, że idę.
- Nie zostawiaj mnie tak w trakcie kolacji.
- O tej porze?
- Oj, to tylko batonik dla utrzymania nadwagi.
*
Żegnamy się, szalami owijamy uszy, zapinamy kurtki wciąż rozmawiając o dogadzaniu sobie. A. opowiada o deserze owocowym, który sobie produkują z żoną jeszcze przed północą.
- Ale kolację to się jada trochę wcześniej - mój tato ze śmiechem, jedyna blisko znana mi osoba potrafiąca utrzymać dietę.
- A nie! Kolację to ja jadam o osiemnastej! - odkrzykuje A.
*
Od dentysty do Biedronki, żeby sobie kupić jakąś nagrodę dla dzielnego pacjenta (dentysta wrócił do normalnej, dorosłej fryzury). Do domu przywiozłam "Dziewczynę z pociągu" i pierniki z Torunia (te z Lidla może i atrakcyjniejsze, ale zawierają całą tablicę Mendelejewa - moja szefowa ma syna, a syn ma hopla i kontroluje każdy zakup pod względem zdrowotności, stąd wiem). Na okładce stereotypowe zachwyty innych pisarzy - mają pewnie całe notesiki pełne gotowych na każdą okazję uprzejmych uwag, a w duszy drżą przed konkurencją mogącą ich wykosić z rynku lepszymi pomysłami i zgrabniejszą frazą. "Nie mogłem się oderwać przez całą noc" - pisze Stephen King. No paczpan, a ja padłam po kilku stronach. "Po prostu nie mogłam jej odłożyć"-Tess Gerritsen, a mnie nawet ręka nie zadrżała. Jestem na 37 i na razie jest nudno i depresyjnie, liczę na jakieś rozwinięcie akcji później.
Za siedem minut zadzwoni drugi budzik, trzeba się brać do pracy.
czwartek, 15 grudnia 2016
w poczekalni
Siedzi u matki na kolanach, na własnych rozłożony kolorowy magazyn i niezmordowanie zadaje wciąż to samo pytanie dźgając krągłym paluchem glansowany papier.
- To to?
- Naleśnik.
- To to?
- Placek ziemniaczany.
- To to?
- Marchewka pokrojona w kosteczkę.
- To toooO? - dźwięk rośnie ostrzegawczo, znak zapytania drga niebezpiecznie w powietrzu, jak zbyt mocno napięta struna trącona palcem amatora, bo matka na trzy sekundy odwróciła się do starszej córki.
Cała poczekalnia ukradkiem ociera łzy wyciskane przez tłumiony śmiech, a matka cierpliwie:
- Zegarek.
niedziela, 11 grudnia 2016
wschodnia szkoła fryzjerstwa i lektura o Państwie Jedynym
Deszcz ostatecznie zmył wszelkie ślady śniegu i mamy jak w amerykańskim filmie: błyszczące choinki i ulice rozświetlone świątecznymi girlandami, a w dole zielona trawa. Brakuje tylko błękitnego nieba, słońca i styropianowego śniegu.
Czytam 'MY' Zamiatina. Ostatnio kilka razy wpadała mi w ręce podczas jakichś poszukiwań i w końcu wyjęłam z półki. Pamiętam moje wielkie oburzenie jakoś w liceum, gdy zauważyłam, że Orwell garściami przepisywał z Rosjanina, a dopiero teraz doczytałam, że otwarcie się do tych inspiracji przyznawał. I Vonnegut też, i Huxley.
Na razie jestem w połowie i zaraz skończę, bo krótkie. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim o jednostce i jej głębokiej potrzebie indywidualności i wcale się nie dziwię, bo w kilka lat po tym, jak 'już z Aurory wystrzał padł', dało się na pewno odczuć obecność różnej maści Opiekunów, że o Dobroczyńcy i Państwie Jedynym nie wspomnę.
Chcę wrócić do 1984, bo chociaż mój egzemplarz przepadł bez wieści to sieć bieży z pomocą w każdym języku. Poczytam też może kilka innych dystopii, głównie z ciekawości, która z nich będzie najbliższa naszej obecnej rzeczywistości, zwłaszcza po tym, jak dziś rano natrafiłam na wczorajsze przemówienie prezesa prezesów, a tam:
- Dziś mamy bezpośrednią próbę zakłócania uroczystości. Ci którzy tej próby dokonują, mówią "działamy legalnie". Tak, w sensie formalnym działają legalnie. Zarejestrowali swoją demonstrację. Ale zapytajmy, czy legalne, czy dopuszczalne są cele, które sobie stawiają. Czy legalne jest odbieranie prawa innym do tego, by demonstrować, by się modlić. Czy tak powinno to w Polsce wyglądać?
Zwłaszcza zdanie Ale zapytajmy, czy legalne, czy dopuszczalne są cele, które sobie stawiają mnie urzekło. A gdyby tak słowo na duże pe zastąpić nazwą fikcyjnego kraju, to do którego nam najbliżej?
*
Jakiś tydzień temu natrafiłam na całkiem pusty zakład fryzjerski w bocznej uliczce żydowskiej dzielnicy, to i weszłam, bo już była pora, a w moim fancy zakładzie należy się zapisywać do kolejki z wyprzedzeniem. I już gdym zdejmowała płaszcz, już wtedy coś mi pikało w głowie żeby wiać, bo pustki u fryzjera, to jak pustki w restauracji - zła wróżba. Ale już było za późno, już nie wypadało, a poza tym i tutaj kazano mi się ustawiać w ogonku, gdy byłam poprzednio. -Trudno - pomyślałam sobie - poproszę, żeby tylko trochę, żeby było jeszcze co ratować.
Gdy myła mi głowę ochlapując przy tym obficie cały mój korpus zwinęłam się w kulkę z rozpaczy - w fancy zakładzie nawet uczennice pierwszej klasy zawodówki o specjalności FRYZJER robią to lepiej. Później było tylko gorzej, bo przyznała, że wprawdzie skończyła technikum, ale ani dnia nie przepracowała w zawodzie, a fryzjerstwa uczyła się na kursie. Na kursie się nauczyła, nie na kursach, na jednym! Już sobie wizualizowałam tę fryzurę a'la enerdowski piłkarz, zwłaszcza, ze sposób cięcia miała dość egzotyczny, a zapytana wprost, moja oprawczyni przyznała, że przyjechała zza miedzy, a nie było łatwo to rozpoznać, bo cholera świetnie mówi po polsku, ale jakoś zaczęłyśmy gadać o życiu tam, o wojnie, o jej synu i tamtejszym systemie studiów i godzina minęła jak z bicza strzelił. No i, o dziwo, nie jest źle. Gdybym jej pozwoliła na rozmach, byłoby pewnie jeszcze lepiej.
Czytam 'MY' Zamiatina. Ostatnio kilka razy wpadała mi w ręce podczas jakichś poszukiwań i w końcu wyjęłam z półki. Pamiętam moje wielkie oburzenie jakoś w liceum, gdy zauważyłam, że Orwell garściami przepisywał z Rosjanina, a dopiero teraz doczytałam, że otwarcie się do tych inspiracji przyznawał. I Vonnegut też, i Huxley.
Na razie jestem w połowie i zaraz skończę, bo krótkie. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim o jednostce i jej głębokiej potrzebie indywidualności i wcale się nie dziwię, bo w kilka lat po tym, jak 'już z Aurory wystrzał padł', dało się na pewno odczuć obecność różnej maści Opiekunów, że o Dobroczyńcy i Państwie Jedynym nie wspomnę.
Chcę wrócić do 1984, bo chociaż mój egzemplarz przepadł bez wieści to sieć bieży z pomocą w każdym języku. Poczytam też może kilka innych dystopii, głównie z ciekawości, która z nich będzie najbliższa naszej obecnej rzeczywistości, zwłaszcza po tym, jak dziś rano natrafiłam na wczorajsze przemówienie prezesa prezesów, a tam:
- Dziś mamy bezpośrednią próbę zakłócania uroczystości. Ci którzy tej próby dokonują, mówią "działamy legalnie". Tak, w sensie formalnym działają legalnie. Zarejestrowali swoją demonstrację. Ale zapytajmy, czy legalne, czy dopuszczalne są cele, które sobie stawiają. Czy legalne jest odbieranie prawa innym do tego, by demonstrować, by się modlić. Czy tak powinno to w Polsce wyglądać?
Zwłaszcza zdanie Ale zapytajmy, czy legalne, czy dopuszczalne są cele, które sobie stawiają mnie urzekło. A gdyby tak słowo na duże pe zastąpić nazwą fikcyjnego kraju, to do którego nam najbliżej?
*
Jakiś tydzień temu natrafiłam na całkiem pusty zakład fryzjerski w bocznej uliczce żydowskiej dzielnicy, to i weszłam, bo już była pora, a w moim fancy zakładzie należy się zapisywać do kolejki z wyprzedzeniem. I już gdym zdejmowała płaszcz, już wtedy coś mi pikało w głowie żeby wiać, bo pustki u fryzjera, to jak pustki w restauracji - zła wróżba. Ale już było za późno, już nie wypadało, a poza tym i tutaj kazano mi się ustawiać w ogonku, gdy byłam poprzednio. -Trudno - pomyślałam sobie - poproszę, żeby tylko trochę, żeby było jeszcze co ratować.
Gdy myła mi głowę ochlapując przy tym obficie cały mój korpus zwinęłam się w kulkę z rozpaczy - w fancy zakładzie nawet uczennice pierwszej klasy zawodówki o specjalności FRYZJER robią to lepiej. Później było tylko gorzej, bo przyznała, że wprawdzie skończyła technikum, ale ani dnia nie przepracowała w zawodzie, a fryzjerstwa uczyła się na kursie. Na kursie się nauczyła, nie na kursach, na jednym! Już sobie wizualizowałam tę fryzurę a'la enerdowski piłkarz, zwłaszcza, ze sposób cięcia miała dość egzotyczny, a zapytana wprost, moja oprawczyni przyznała, że przyjechała zza miedzy, a nie było łatwo to rozpoznać, bo cholera świetnie mówi po polsku, ale jakoś zaczęłyśmy gadać o życiu tam, o wojnie, o jej synu i tamtejszym systemie studiów i godzina minęła jak z bicza strzelił. No i, o dziwo, nie jest źle. Gdybym jej pozwoliła na rozmach, byłoby pewnie jeszcze lepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)