środa, 12 października 2016

it's over

W końcu wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, w końcu możemy wrócić do normalności, w końcu znowu zaczniemy odróżniać dzień od dnia i może nawet znajdziemy czas na herbatę pod kaloryferem.
Przez ostatni miesiąc żyliśmy w amoku i strasznym napięciu, tu i ówdzie wybuchały drobne sprzeczki o jakieś bzdury, które trzeba było potem łagodzić, bo jest w fabryce niepisana zasada, że trzymamy się w kupie i nie żremy między sobą. Poddani już po radosnym spotkaniu jęczeli, że czują się jakby traktor po nich przejechał, a grupa trzymająca władzę miała jeszcze dogrywkę. Owszem, bywa, że pracujemy świątki i piątki, ale nigdy po 15 godzin na dobę przez okrągły tydzień, to i lekko jesteśmy zmachani. Na szczęście walec drogowy, który się po nas przejechał już niknie w sinej mgle i można wracać do zwyczajnej codziennej orki.

Udało mi się już posprzątać, bo przez cały ten czas pająki utkały tak pancerne pajęczyny, że groziło mi utknięcie w nich na zawsze, a dziś zrobiłam nawet normalny obiad, pierwszy od nie wiem kiedy. Siedzi w piekarniku.

Żeby całkiem nie zwariować, czytam po nocach. Zaczęłam  'More to Life than This', strasznie śmieszną i tak nasyconą odniesieniami do obszaru anglojęzycznego, głównie UK, że czynią ją nieprzekładalną na język obcy bez strat, no chyba, że się trafi obdarzony polotem i poczuciem humoru tłumacz. Zaczęłam, ale napadł na mnie 'Chłopiec z latawcem' , którą to książkę musiałam przeczytać natychmiast, bo trudno odłożyć. Słucham w kółko Del Amitri, którym przed laty zaraził mnie Geoff Szkot. Doskonałe teksty na depresję, wpada się jeszcze głębiej. Się zastanawiam nad życiem prywatnym twórców, że pisali takie rzeczy.
A ten najgorszy z 'You watch your former lovers growing old ' insajd, który to fragment zawsze mnie dołuje. W każdym razie na te cztery minuty trwania utworu

poniedziałek, 3 października 2016

czarny poniedziałek

 

 ukradzione z WO

Nie strajkuję dzisiaj, przeciwnie, zamiast przymusowych kilku godzin, pracuję niemal całodobowo, jak sklep z wódką. Dziś początek kolejnego radosnego spotkania, przygotowywanego od niemal roku i nie da się tak po prostu posadzić dziesiątek ludzi na deszczu. Włożyłam czarne ubranie, moja szefowa była jeszcze czarniejsza, bo od stóp do głów, ale i tak przyszła do roboty - jak się jest głównym zamachowcem, to jednak wypada być w miejscu wybuchu. Muszą wystarczyć ubrania.

poniedziałek, 19 września 2016

piesek i przyjaciele


Strasznie trudno zidentyfikować zwłoki





sobota, 10 września 2016

sobota rano

Z lata, kiedy już się ono skończy, najbardziej będzie mi brakowało chodzenia na bosaka. Lubię czuć podłogę całą stopą, zwłaszcza płaski, gładki i ciepły parkiet.
Latem mam brudne nogi i zdrewniałe pięty, a liczne zabiegi przywracają stopom miękkość dopiero jakoś tak w połowie zimy.

Zaczęłam czytać 'Beksińskich', 120 stron za jednym posiadem, bo wciąga narkotycznie. Książkę kupiłam zaraz po jej wydaniu, ale potyczki z Pat znacznie ograniczyły repertuar, jaki byłam w stanie znieść. Dopiero teraz spokojnie przeczytałam 'The curious incident...', choć jeszcze w lutym nie dałam rady, to i zabrałam się za nich, bo już mogę na nowo zanurzyć się w obłędzie bez poważniejszych skutków ubocznych.

Dostałam prezent od ojca z gatunku istotnych. Do kompletu z młotkiem, śrubokrętem i słownikiem ortograficznym. Pewnie robił porządki w szufladach i wygrzebał. Pamiętam ją, ale nigdy nie pożądałam, a teraz, gdy jest moja, stoi na razie na półce w swoim wystawowym pudełeczku i cieszy oczy. Taśma miernicza ZIPPO, nieco mniejsza niż zapalniczki, ale też piękna i stalowa, na podziałce ma metry i cale, taka w sam raz do torebki.

Pisze Większa: - Babcia zrobiła pierogi na A*
mła: - Rozpieszcza was.
ona: - E tam rozpieszcza. My zasługujemy na takie rzeczy. Przynajmniej ja.

środa, 10 sierpnia 2016

the news

Jeśli w ogóle nie czytasz/słuchasz/oglądasz, powoli stajesz się ignorantem. Jeśli pilnie śledzisz, zachodzi obawa, że żyłka w końcu nie wytrzyma i trzaśnie. Jeśli korzystasz z jednego tylko źródła, łatwo cię zmanipulować i urobić na kształt i podobieństwo. Trudno o złoty środek.

Zalety totalnej abstynencji pierwszy raz odczułam podczas premierowego wydanie 'dobrej zmiany', gdy dwutygodniowy pobyt za granicą przyniósł niezwykłe ukojenie - dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo byłam znękana wiadomościami o działaniach upiornych bliźniaków i ich kolegów. Od tamtej pory, dla zachowania zdrowia psychicznego, już zawsze dawkowałam sobie bardzo oszczędnie. Teraz jeszcze bardziej, a wyjątek zrobiłam tylko z okazji wizyty papieża w Oświęcimiu.
To był przypadek, że akurat tego ranka zobaczyłam na ekranie dziwny, nieruchomy obraz, który trwał długie minuty i nie towarzyszył mu żaden głos. Po sąsiedzku mam CNN, a tam już szczegółowo tłumaczyli. Pomna pojawiających się u nas regularnie informacji o wpadkach obcych mediów i powtarzaniu przez nie frazy o polskich obozach, zaczęłam śledzić także niemieckie i brytyjskie telewizje. Wszędzie było długo, dużo i poprawnie, choć jeszcze dzień wcześniej któreś brytyjskie wiadomości, informację o wizycie papieża w Polsce umieściły w dziale ciekawostek, pomiędzy rekordowym pytonem, a urodzinami czworaczków.

W dniu wizyty w Auschwitz, przeskakując czasami na polskie kanały, dostałam też rykoszetem sporami wokół obchodów kolejnej rocznicy wybuchu postania warszawskiego. Pomijając rozważania na temat jego słuszności, tym, którzy wtedy walczyli i ginęli, niewątpliwie należy się szacunek, ale tego dnia przeżyłam szok, że w ogóle tak można, że są tak chore umysły, w których coś takiego się lęgnie. Że można w świetle jupiterów i kamer leżeć krzyżem, a jednocześnie tak podle knuć, oskarżać, znieważać, obrażać i zawłaszczać. Że hipokryzja i pogarda dla drugiego człowieka mogą mieć tak potężny rozmiar u ludzi, których najczęściej widzimy ze złożonymi rękami i bogiem na ustach.

Wtedy nie miałam siły o tym pisać, bo gniew i poczucie bezsilności były zbyt przytłaczające.

wtorek, 19 lipca 2016

Jadąc do Babadag

... bo to była podróż towarzysząca książce, czy też książka towarzysząca podróży, w każdym razie były one absolutnie komplementarne i całkiem inaczej się czyta o zajściach w Suczawie czy Tulczy odwiedziwszy uprzednio obie miejscowości oraz cały ciąg innych. Stasiuk prostymi, nienabzdyczonymi zdaniami idealnie oddaje atmosferę miejsc i charakter ludzi Bałkanów.
To była dość egzotyczna wędrówka do krain przypominających Polskę z dzieciństwa. Spora część Rumunii to jeden wielki, żyjący skansen: zadbane, wymalowane domki w rozmaitych w różnych regionach stylach, maleńkie szare koniki ciągnące równie małe wozy, no i pięknie ubrani ludzie, bo akurat trafiliśmy na Piotra i Pawła, więc cały Maramuresz paradował dumnie w strojach ludowych.
Już pierwszego wieczoru zrozumieliśmy dlaczego niektórzy kochają Rumunię i jeżdżą tam od lat. Zamieszkaliśmy na małym prywatnym kempingu niemal  na ukraińskiej granicy, dostaliśmy do dyspozycji cały śliwkowy sad na rozbicie namiotu i butelkę palinki ze śliwek z owego sadu pochodzących na przywitanie, a nazajutrz, pytana o zapłatę właścicielka tylko machnęła ręką, bo przecież nie używaliśmy żadnego z czterech domków. To nic, że woda, że prąd, że wydeptana trawa, w której nad ranem pasły się barany. Uiściliśmy uczciwie, także za tego sąsiada, który złapał nas wieczorem na drodze pytając, czy nie jesteśmy głodni.
W tym skansenie są jednak porządne drogi, wielohektarowe pola, żniwa robione na kilka kombajnów na raz, wiatraki generujące prąd, a przede wszystkim wspaniali ludzie. Nawet ten kierowca bombowca wożący nas po delcie Dunaju przez sześć, zamiast umówionych czterech godzin, który zapalił papierosa zaraz po tym, jak wytarł dłonią benzynę z pokładu. Miał kapitańską czapkę, wygląd szesnastolatka i młodzieńczą fantazję  powodującą, że podróżujące z nami Niemki momentami zieleniały, choć właśnie wracały z Bliskiego Wschodu.


Bułgaria w porównaniu to jak zły sen, czasami jest tak brzydko, że aż boli: domki, jak ulepione z gliny i kamieni, domy nigdy nie otynkowane, rozwalające się płoty, kupy gruzu, trawniki nie znające kosiarek i zarosłe zeschłym zielskiem nawet w okolicy Cerkwi Bojańskiej - jedynego zabytku Sofii wpisanego na listę UNESCO. Zaniedbane kempingi, obsługa, jaką możemy jeszcze oglądać w "Misiu", wybite szyby, których nikt nie zamienił na nowe, drogi prezentujące każdy rodzaj nawierzchni i tylko piękna przyroda i niezwykłe zabytki ratują nieco wizerunek.


Pod maramurskim klasztorem kupiłam bransoletkę z okiem proroka, które strzegło nas przez całą drogę, w Babadag dałam jałmużnę żebrakowi, w Sofii zapaliłam świeczkę w cerkwi, a w Perperikonie w wyroczni Dionizosa wrzuciłam monetę do niecki na dary - nie mogło się nie udać ;)

piątek, 24 czerwca 2016

wyjdź na pastwisko

Co i rusz światem wstrząsają wydarzenia o różnym poziomie doniosłości, ludzie rwą włosy z głów, gazety drukują duże nagłówki czerwoną czcionką, ceny to rosną to opadają, a ziemia, jak taka wielka spokojna krowa, trwa w swoim własnym rytmie, obracając się do słońca to jedną to drugą stroną.

Lubię :) https://www.youtube.com/watch?v=h-6N1Oxoo4o

środa, 22 czerwca 2016

ptasząt kwilenie

Kiedy ranne wstają zorze dzień zaczynają kosy. Ledwo się niebo zaróżowi na horyzoncie, a już drą się niemiłosiernie w sporej grupie. Ja nie wiem, o czym można tyle gadać każdego dnia z samego rana, ale z powodu braku konkurencji o tej porze, ich głos brzmi imponująco i odbija się echem od ścian. Wieczorową porą, gdy odbywa się drugi koncert, nawet miło posłuchać, ale rano żyłka niebezpiecznie pulsuje i kto się akurat obudził, nie ma szans na dalszy sen, bo śpiew wwierca się w sam środek mózgu.


Potem dołącza się reszta towarzystwa i wrzaski słychać przez cały dzień. Jakieś piski, monotonne rzężenia, terkotania, coś jak rozdzieranie prześcieradła i inne takie, żadne tam piękne śpiewy. Ludzie trwają, bo co maja zrobić.
Gdy po zachodzie słońca dzień robi się trochę matowy, na chwilę zapada cisza, ale zaraz potem eskadry jaskółek latają tuż pod oknami wznosząc okrzyki podobne do tarcia styropianem po szybie. Wtedy zaczynają mi się ruszać wszystkie zęby.
W końcu zapada noc i przez chwilę jest cicho, do czasu, aż rodzice uszatek udadzą się na łowy. Zostawione w gniazdach i dziuplach młode żądają posiłku. Usilnie. Za moim oknem mieszkają co najmniej dwie takie, które powodują, że co wieczór zasypiam w rytm upiornych dość dźwięków, powtarzanych nieustannie co ok 4 sekundy (policzyłam), co daje ok. 15 pisków na minutę. Każdą minutę nocy.


Do rana, bo rano to kosy...

niedziela, 19 czerwca 2016

sałata

Znajoma ma działkę, na której uprawia sobie rozmaitą roślinność, w tym także sałatę. Rosła sobie ta sałata i mężniała, aż przyszła na nią pora, by uświetniać talerz w towarzystwie kotleta schabowego, czy też zrazów. Jednak gdy któregoś dnia właścicielka chciała pobrać ziele, wielkie było jej zdziwienie, bo sałata wyglądała, jakby właśnie wróciła z jakiejś intensywnej nocnej hulanki, taka była złachana. Najwyraźniej ktoś łaził po grządce, dlatego wieczorem, wyposażona w męża i latarkę, kobieta zaczaiła się na sprawcę. Nawet długo nie czekali, gdy bandyci zaatakowali ponownie, otóż okazało się, że to mama kuna urządziła w grządce sałaty plac zabaw dla dwójki swojego potomstwa.

Obiad był z ćwikłą.

sobota, 18 czerwca 2016

mistrzyni gaf, czyli hamulcowy potrzebny na gwałt

T. przyjął gratulacje z zaskoczeniem i radością. Bycie żywym okazało się marną przeszkodą, bo derekcja szkoły była dobrze przygotowana na takie wątpliwości i zacytowała stosowną listę przypadków, nie mogło więc być mowy o precedensie, a że lista współkandydujących była długa, to niebezpieczeństwo wygranej było minimalne. Się jednak okazało inaczej. Papieżpolak jedynyprawdziwy rzeczywiście, jak podejrzewałam, brał udział w wyścigu, jednak wylądował na trzecim miejscu. Bad luck panie Karolu.

Mój dentysta zmienił fryzurę, czym mnie mocno zaskoczył, albowiem tkwiłam w mylnym błędzie, że po maturze, to faceci już raczej nie zmieniają uczesania, oraz, że najtwardsi trwają nawet przy komunijnej zaczesce, no to jednak nie. Jest fajnym facetem, ale teraz wygląda trochę pedalsko, bo sobie wybrał fason modny głównie wśród wczesnonastoletnich elegantów i piłkarzy, no ale co zrobić.

Większa szła na egzamin, koleżanka za nią, bo uliczka była wąska, a szły pod parasolami. Uliczka była z takich, co to porządne dziewczynki nie powinny się w nie zapuszczać, bo mordują i gwałcą, dlatego gdy Większa usłyszała za sobą krzyk, uznała, że trzeba wiać. Potem okazało się, że wrzask podniosła koleżanka po zmasowanym ataku gołębi. Większa pytana dlaczego ją tak zostawiła na pastwę, nie odwracając się nawet, by zbadać przyczyny, twierdzi, że szkoda jej było tych dni nauki, by ginąć tuż przed egzaminem.

Wczorajsze popołudnie mogłoby być kanwą rozdziału poradnika o tym, jak w szybkim tempie zrazić do siebie pół miasta. Zawsze było tak, że myślenie następowało u mnie jakiś rok świetlny po otwarciu gęby, co bywało zabawne i pomocne w okresie młodzieńczym. Później z tym walczyłam i ostatnio zdawało mi się nawet, że  sytuacje, gdy potrafię szlachetnie milczeć są coraz częstsze. Do wczoraj. Mogę mieć tylko nadzieję, że natłok wrażeń i ogólny galimatias spowodują zatarcie wspomnień u niektórych. Taka upierdliwa, mędząca baba to jeden z najgorszych gatunków, więc nie wiem, jak ja z sobą wytrzymam. No przecież nie będę sobie zalepiała ust szeroką taśmą przed każdą konfrontacją ze społeczeństwem, bo to też może nie zostać najlepiej odebrane.

Jeżdżę na rowerze, jem bułki z pasztetem i arbuza, zupełnie mi nie idzie gotowanie i odliczam dni do wyjazdu. Jeszcze tylko trzeba zakupić jakieś leki na bułgarską sraczkę, bo po tym, jak raz dostałam rykoszetem od powracających, wiem, że bardzo zaczepna.