środa, 27 maja 2020

tato

Nie wierzę w żadne niebo i piekło, żadnych bogów i tajemne życie w zaświatach - to wszystko to tylko emanacja ludzkich strachów i ignorancji, ale kiedy jem obiad, który jeszcze ugotował tato, to się zastanawiam czy on wie. I że mi smakuje, a nawet mamie, której już bokiem wychodziła ta potrawa. I czy wie, kiedy koniecznie chcę go o coś zapytać, na czym tylko on się znał. I że ten jeden jedyny raz wcale nie musiał być taki wkurzająco samodzielny, bo kto teraz będzie wnuczkom opowiadał głupoty. Że jesteśmy dzielni, że Najstarszy nosi teraz jego swetry i że tak dużo ludzi pamiętało i miało w dupie zarazę, by być z nim ten ostatni raz. I że w dupie mieli, kiedy nas przytulali, ściskali i byli blisko.

I że tak strasznie go nie ma.

piątek, 27 marca 2020

odkrycia w czasach zarazy

Wczoraj po wsi jeździł megafon i kazał siedzieć w domu - jakoś mi się od razu skojarzyło z filmami wojennymi. Niestety, od razu było widać, że megafon nie jest profesjonalistą, bo kiepsko było słychać, znacznie gorzej, niż tych, co to reklamują sklepy z pralkami, czy pożyczki. Ale siedzę, jak kazali, co moja autystyczna część mnie bardzo lubi.

Odkrycia mam takie, że ubiegłoroczne truskawki można przerobić na pyszne koktaile, których do tej pory nie tykałam, bo nie lubię potraw o konsystencji papki. A jednak! Okazało się przy tym, że te duże zielone banany, które miały być takimi bardziej warzywnymi, po poleżeniu kilku dni zaczynają być pyszne i zbyt słodkie, jak na dodatek do obiadu.

Praca zdalna obfituje w odkrycia zarówno smutne, jak i te miłe. Na przykład takie, że poziom opanowania edycji tekstu u niektórych współpracowników jest tragiczny i od samego patrzenia na to bolą mnie zęby. Innego smutnego odkrycia dokonuję za każdym razem, gdy staję na wadze. Przyjemne zaś jest to, że po ogarnięciu bałaganu i ustawieniu priorytetów, praca zdalna jest stosunkowo łatwa, ALE po ustawieniu priorytetów, co oznacza, że raczej się bawimy, niż naprawdę pracujemy. Sieć, szczęśliwie, dostarcza aż nadmiaru materiałów, tylko brać, obrabiać i poddawać konsumpcji.

Po dwóch tygodniach bilans jest taki, że bardzo się cieszę z posiadania jednej pary spodni z gumką w pasie (w nocy miałam sen, że z łatwością mieszczę się w jakieś stare szorty), stałam się posiadaczką jednej nowej pary butów (ale jakich!), te dwie listy filmów naj (50 + 100) w ogóle nie były zrobione na te czasy, oraz, że nie jestem gotowa na kino hongkońskie (tak, jest taki przymiotnik). 


środa, 25 marca 2020

jest super*

Tak właśnie pomyślałam, że pięknie jest, zwłaszcza, że ci @#$%^& przedstawiciele przewodniej siły narodu zapewniają w telewizorze o doskonałej kondycji wszystkiego. A radosna ta myśl mi przyszła do głowy, gdy moje główne narzędzie pracy trafił szlag, zapewne z przeciążenia, ale dam sobie rękę uciąć, że ten żółw ze trzy razy dzisiaj publicznie zapewni naród, jak doskonale sobie radzimy, że przygotowanie jest perfekcyjne. No gówno jest! I to na każdym polu. Gdy znajoma lekarka przez trzy doby samotnie ratowała zakażonego, sam pan minister wystosował do niej wiadomość, której przesłanie brzmiało mniej więcej tak, że musi być gotowa na śmierć razem z pacjentem, ale odstąpić nie może. Matka dzieciom. No to trwała, a jak się chory ustabilizował, to znajomy doktor zorganizował wyprawę ratunkową i przejął człowieka z rąk chorej już w tym czasie lekarki. Inną lekarkę zwolniono z pracy, gdy śmiała zauważyć, że kiepsko jednakowoż.

Wszystko mamy: ludzi mamy, sprzęt mamy, narzędzia mamy. Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej! Ja się tylko dziwię, że ten kurdupel (niektórzy twierdzą, że inteligentny) nie zauważa, że od kilku lat tworzy kopię PRL - byłam wtedy dzieckiem, ale pamiętam dość, żeby widzieć podobieństwa. Fakt, niektórzy żyją w rzeczywistości alternatywnej.

* tak, o tę właśnie pieśń mi chodzi

poniedziałek, 23 marca 2020

po tygodniu

Końca nie widać. Po kilku dniach pilnego śledzenia wiadomości odpuściłam już sobie całkowicie, czasem tylko rzucam okiem na jakieś wiadomości. Codziennie przybywa zakażonych i zmarłych. Z powodu zakażenia zamykane są całe oddziały, a nawet szpitale. Personel się powoli wykrusza, bo też padają ofiarą, bo brakuje zabezpieczeń. Prywatne firmy przestawiają produkcję na szycie masek, a dziś wyczytałam nawet o domowej produkcji plastikowych przyłbic na drukarkach 3d. Bogaci wrzucają miliony na pomoc i tylko chciwy pan Tadziu z Torunia żebrze o datki dla siebie. Na złote, a skromne.

Praca w domu nie jest fajna. Jest trudniejsza i bardziej pracochłonna, a dodatkowo sama muszę zbudować narzędzia i tylko szlag mnie trafia, jak w telewizorze pokazują, jakie to fajne, zabawne, inne. Może. Z tej drugiej strony, u odbiorcy.

Robię zakupy na trzy domy, a że staram się wychodzić jak najrzadziej, to w efekcie brnę zazwyczaj objuczona jak wielbłąd. I tylko ojciec się trochę przejmuje sytuacją, a cała reszta ma fiu bździu w głowie.  Może i lepiej. Oby tylko to mnie martwiło.


niedziela, 15 marca 2020

pierwszy dzień kwarantanny

W poniedziałek nie idę do pracy. Na razie na dwa tygodnie zostaję w domu, ale chiński przykład pokazuje, że to może trwać znacznie dłużej - u nich zaczęło się w listopadzie, a dopiero teraz powoli zaczynają się otwierać.
Wieści ze świata są straszne i niestety dotyczą najbliższych: trójka lekarzy na pierwszej linii frontu oraz działające wciąż szkoły - to nie jest optymistyczne. Nie rozumiem tamtego społeczeństwa, czytam ich prasę i nie widzę żadnych sprzeciwów. Rząd wymyślił, że przepuści przez nich wirusa, najsłabsi umrą, a zostaną tylko silni i nic. Włosi też zamawiali taksówki pod szpitale i jeździli do knajp. No. *
Umarła żona A. na całkiem innej półkuli. Płuca.

Wczoraj jeszcze krążyłam po mieście, Większa śmieje się, że jestem super spreader, bo byłam w aż trzech sklepach (w dwóch jako jedyna klientka), a potem jeszcze odwiedzałam starszych członków rodziny rozwożąc wiktuały. Rodzice dali mi kasę na zakupy -  zawsze dają, a ja nigdy nie biorę, ale wczoraj poczułam, że jest zbyt poważnie - trzeba się będzie nagimnastykować, żeby im to jakoś zwrócić. Ojciec jest karny i siedzi w domu, ale mama ze swoim adhd długo nie wytrzyma, dobrze, że ma działkę, a tam jest sama. Muszę tylko nakazać, żeby zachowywała dystans podczas rozmów z ludźmi przechodzącymi mimo, tylko, że ona jest strasznie  niesubordynowana i tego się najbardziej boję.

Zaczęłam czytać "Miłość w czasach zarazy" (ciekawe dlaczego akurat taki wybór), a tu dolatują informacje, że "Dżuma" poszybowała w rankingach sprzedaży, jak widać nie ja jedna wpadłam na taki pomysł, bo u i mnie Camus stoi w kolejce. Całe szczęście, że jest sieć i nieograniczony dostęp do książek, tylko, że przy tej obfitości czasu i lektury maleje apetyt, no zobaczymy.

*apdejt po lekturze fejsbuka:
Otóż, nieprawdą jest jakoby obyło się bez protestów, bo jeszcze w czwartek został do rządu wystosowany list otwarty podpisany przez blisko 300 naukowców z brytyjskich uniwersytetów i innych instytucji, gdzie wyłożone wszystkie racje stojące za zamknięciem kraju, na co minister zdrowia odpowiada, że planuje się skierowanie prośby do osób w wieku powyżej 70 o pozostawanie w izolacji. Planuje się skierowanie tej prośby W NAJBLIŻSZYCH TYGODNIACH. Nie już, na razie niech się zarażają, roznoszą i wymierają. Be reasonable people. 

niedziela, 17 listopada 2019

Akcja czytaj pl - książki za darmo

Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda, ale jeśli zbłądzi choć jedna dusza i skorzysta to i tak warto.
Akcja ma swoją historię, ale o tym można poczytać u źródeł, grunt, że przez cały miesiąc jest dostępnych 12 różnych książek całkiem za darmo tu: http://czytajpl.pl/

Co trzeba:
- trzeba zainstalować aplikację woblink na urządzeniu
- zeskanować kod
- czytać

Wiem, że jest połowa listopada, ale spoko, ja co roku przypominam sobie o akcji w połowie jej trwania, a i tak daję radę przeczytać wszystko to, co dla mnie interesujące.

No dobra, plakat z kodem i informacjami o konkursie, bo jest też konkurs :) ---->  TU

( https://akcja.czytajpl.pl/krzewiciel.html )

poniedziałek, 25 grudnia 2017

mein neuer Lieblingsweihnachtsfilm

Siedzę, a na moich kolanach spoczywa brzuch. Bo są święta, więc nie żałuję sobie czekolady, daktyli, pomarańczy, jabłek, orzechów, ani niczego innego. Jutro dodatkowo robię sałatkę wielowarzywną, bo choć w obliczu ilości potraw matka zakazała jakichkolwiek dodatkowych wyczynów kuchennych, to jednak co to za święta bez sałatki z majonezem. Najwyżej się rozpękniemy.

Ojciec się dzisiaj trochę naburmuszył, bo śmiałam zakwestionować konieczność łykania tych wszystkich pastylek, a matka mi przyklasnęła. To się wściekł, na krótko wprawdzie, bo u mnie w rodzinie jak już wybuch to krótki, że nie dość poważnie traktujemy jego dolegliwości, no a tato jednak pielęgnuje. No i w końcu nie wiem, jak to z nim jest, na ile rzeczywiście kiepsko się czuje, a ile w tym przesady. Mama z tego kpi, ale nigdy przy nim, cwaniara, po ponad pół wieku zna się na nim. Potem się każde usadowiło przed swoim telewizorem, to sobie poszłam. Wszystko to nie przeszkadza im jutro zgodnie iść do A. ze skrzynką jabłek, a ja ich muszę z tych baletów przywieźć, co skończy się tym, że zostanę posadzona za stołem i nakarmiona oraz osaczona przez wzrok psa. Psa mają nad wyraz grzecznego, ale gdy pojawia się jakiś naiwniak, to zaraz prezentuje wzrok świadczący o zbliżającej się śmierci głodowej, no i trzeba dokarmiać pod stołem. Na szczęście gospodarze się tylko z tego śmieją.

Zapomniałam już, że lubię niemieckie filmy, aż dzisiaj trafiłam na "Obendrüber, da schneit es". Pomysł typowy: nadchodzące święta, różni ludzie i różne sprawy, raczej smutne, a łączy ich wspólnie zamieszkiwana kamienica. Nie tak gładki i słodki jak produkcje anglosaskie i nie tak ... khm, jak kino rodzime. Aktorzy są umiarkowanie urodziwi, mają krzywe zęby, parkiety skrzypią, a jednak łzy lałam i zasmarkałam się po pas.

wtorek, 5 grudnia 2017

ósmy tydzień

Wczoraj podskoczyłam, dwa razy i natychmiast się przeraziłam, słusznie zresztą, bo organizm natychmiast powiedział, że ok, że on rozumie, ale jeszcze nie pora. W końcu czuję się normalnie, ale jeszcze nie wszystkie czynności i nie we wszystkich dawkach są dla mnie dostępne.
Dochtór zachwyca się swoją robotą przy każdym mnie oglądaniu i powtarza, jakie to było duże i poważne. Ja nigdy nie odczułam powagi. Jedyne, co się czuje to ból, bo najpierw czuje się tylko ból i niewygody. Potem, gdy mija najgorsze, czuje się przypływ energii, co w połączeniu z lekturą forów internetowych jest dość niebezpieczne, bo można sobie zrobić krzywdę, co zresztą uczyniłam. Wtedy pojawia się strach i zniechęcenie. Na szczęście, ostatnim razem dochtór znowu cmokał z zachwytu i powiedział, że nie będzie śladu. Na razie jest, wprawdzie ciało nie przypomina już pola bitwy, ale bordowa krecha stąd dotąd dowodzi, że coś było grzebane. No i operacja to jest generalnie bardzo fajne i zabawne doświadczenie. Przed trzeba wykonać szereg specjalnych czynności rytualnych oraz rytualne przywdziać szaty, potem się wskakuje na taki wózek z wygodna poduszką, który na końcu, o zgrozo, okazuje się prawdziwym stołem operacyjnym. A potem niknie świat, a gdy się na nowo pojawia, to każą oddychać. I już, i jest błogo aż do momentu, gdy zaczynają człowieka wyganiać z łóżka.

Skutkiem ubocznym są liczne zakupy via internet, jeden przemeblowany pokój i plany kolejnych zakupów, ale już na żywo, bo są przedmioty, które trzeba pomacać i wypróbować.

Wartością dodaną są zaś pewne zabiegi dyplomatyczne, które, mam nadzieję, przyniosą planowane efekty, ale to się okaże w przyszłości, a to tego stopniowo.

Jest też szansa, że w tym roku, po raz pierwszy od lat, zdążę zamówić kalendarz w grudniu i w końcu nie będzie on musiał obejmować okresu od lutego do stycznia kolejnego roku.

wtorek, 8 sierpnia 2017

i John i Jacques i Jekatierina

W Bath lało, więc sklepik z pamiątkami pękał w szwach. Dorośli w luksusowej sytuacji, bo sami wydają swoje pieniądze i kupują blaszane kolczyki, gdy na jarmarku koło domu, można nabyć podobne, srebrne za połowę kasy (mła), ale dzieci w opętańczym amoku usiłują wymóc zakup choć najdrobniejszej pamiąteczki od opędzających się rodziców:

- Мама купи мне эти монеткы - żądza w głosie drobnego blondynka przewyższała błagania spragnionego wędrowca o wodę na środku pustyni.
Matka zważyła w ręce woreczek z czekoladowymi krążkami zawiniętymi w złotą folijkę i zastanawiała się pewnie jak wytłumaczyć synowi, że za te same pieniądze nabędzie wagon znacznie lepszej czekolady w najbliższym spożywczaku.

Kudłaty sześciolatek obracał w palcach pięćdziesięciopensówkę i pertraktował z ojcem przy sąsiednim zasobniku
- Tato, a co ty na latarkę za trzy funty?
- Mamy w domu - z brytyjską flegmą ojciec na to.

To samo we wszystkich obecnych w sklepie językach. Ten sam błagalny ton, wykrzykniki w oczach dziecka i olimpijski spokój rodzica.

czwartek, 6 kwietnia 2017

smutna konstatacja o tym, że władza psuje

Truizm, ale gdy dotyka kogoś znajomego, to szczególnie przykro.

Obserwuję P. od jakiegoś czasu i zastanawiam się, kiedy nabierze tyle pewności siebie, żeby w końcu poluzować krawacik. Dosłownie i w przenośni. W małej skali mam to, co widać i na wyższych szczeblach: tuszowanie rzeczywistych lub wymyślonych kompleksów pompą i nadmierną powagą. Przy czym on nie ma powodów, bo sprawdza się w swojej roli.