Co za czasy! Dawniej łańcuszki przychodziły pocztą w niebieskich kopertach i należało natentychmiast przesłać je dalej pod groźbą nagłej, a niespodziewanej śmierci, albo przynajmniej ciężkiej choroby. A teraz tak sobie niedbale ludzie pykają w klawisze i już masz zadanie do wykonania.
Na fejsbuku chodzi teraz taki książkowy, co to trzeba wpisać 10 tytułów, które wstrząsnęły światem. Moim osobistym. Padło i na mnie i uświadomiłam sobie, że decydujący wpływ literatury na moje życie zakończył się dość dawno. Książki wciąż wywołują emocje, ale nie przestawiają zwrotnic. Za to w dzieciństwie to i owszem.
Najpierw były bajki Brzechwy czytane tyle razy, że do tej pory cała najbliższa rodzina cytuje bez wysiłku obszerne fragmenty. Czytały głównie mama i ciocia. Tato bywał bardzo pożyteczny, ale nie przy czytaniu, bo ani nie mówił głosami, ani nie potrafił się szczerze zdziwić po raz pięćsetny, gdy straszny Barmaliej wsadzał dzieci do kotła. Barmaliej te dzieci wsadzał po rosyjsku, a że nie była to jedyna rosyjska bajka na stanie, to obie lektorki musiały nie tylko czytać, ale i błyskawicznie tłumaczyć na polski w celu uniknięcia awantury. Zaczytany do imentu Brzechwa (bo kolejne pokolenie też dostąpiło) leży bezpiecznie u mamy na półce.
Kolejne to były encyklopedie. Cztery tomy Encyklopedii Powszechnej PWN, które tato kolejno przynosił do domu co kilka miesięcy, bo tak były wydawane. W czasach jednego programu w telewizorze encyklopedia była po prostu oknem na świat i ja ją zwyczajnie czytałam, a że była tam też masa ilustracji, tym większa atrakcja. I już wtedy najdłużej i najdokładniej studiowałam reprodukcje malarstwa, rzeźbę i architekturę, natomiast tablice z ptaszkami i roślinkami nie zajmowały mnie specjalnie. Niewiele się zmieniło.
Ostatnia książka, która wraz z pewnym artykułem w Przekroju zmieniła coś w mojej głowie to było "Lizbońskie ABC" dwójki autorów. To rodzaj przewodnika i opowieści wydanej na papierze do pakowania śledzi w rybnym, wszystko w niej jest szare, a zdjęcia ledwie czytelne, ale czytając ją widziałam Portugalię we wszystkich kolorach. Wtedy zaczęła kiełkować i coraz bardziej uwierać myśl o podróżowaniu. Dość szybko wprowadziłam ją w czyn i ciągle nieźle mi idzie. Czasem aż do zadyszki, ale nigdy nie rezygnuję z nadarzającej się okazji. I niekoniecznie 9 tysięcy km w dwa tygodnie, jak ostatnio, ale też kilkadziesiąt w jedno popołudnie, bo najbliżej kryją się najciekawsze historie.
Nie jest tak, że nic więcej, ale pozostałe są tymi kroplami drążącymi skałę. Latami i raczej bez nagłych zwrotów akcji.
piątek, 19 września 2014
piątek, 12 września 2014
książki, które odłożyłam na półkę
Zazwyczaj, gdy biorę nową książkę do ręki, to pierwszą rzeczą, którą mam ochotę zrobić jest otworzenie jej i zatopienie się w czytaniu aż do ostatniej strony. Pamiętam to uczucie z dzieciństwa, gdy przynosiłam stos z biblioteki i nie mogłam zdecydować która pierwsza, bo każda wydawała mi się taka ciekawa. Wiadomo, że ta dziecięca ciekawość i naiwność mijają i coraz rzadziej zdarzają się takie książki, które wciągają mnie do tego stopnia, że nie zauważam życia toczącego się obok.
Ostatnio dopadło mnie to w księgarni, w przejściu, między kasą, a wejściem do sklepu i nie przeszkadzali mi chodzący za plecami ludzie, ani rozmowy toczące się przy kontuarze. Książkę odłożyłam na półkę dopiero gdy poczułam wzbierający w gardle szloch.To był "Długi Film o miłości. Powrót na Broad Peak" Jacka Hugo Badera.
Sporadycznie zdarza mi się robić rzeczy bardziej niebezpieczne od chodzenia po ulicach w godzinach szczytu, ale zazwyczaj nie odbiegam od tego, co robią inni. Chyba narty są najbardziej ekstremalne w moim życiu, ale tylko po wyznaczonych trasach, żadnego tam naśladowania Bonda. Dżejmsa Bonda. Lubię życie i od dawna mam wyrobione zdanie na temat łażenia po bardzo wysokich i niebezpiecznych górach, nawet jeśli w czapce uszance i małe wrażenie robią na mnie kolejne śmierci alpinistów. Są szaleńcami z pełną świadomością wszelkich możliwych niebezpieczeństw, jednak, gdy ogląda się historię oczami tych, co pozostali trudno nic nie czuć. Na oskarżenia pod adresem autora natrafiłam dopiero później, ale one nie odbierają mocy książce.
Kilka tygodni wcześniej, odłożyłam "Pęknięte miasto Biesłan" Pawlaka i Wlazły. Jeszcze przed 10 rocznicą tragedii, która spowodowała, że nie Westerplatte, a pamięć o dzieciach z Biesłanu mrozi serca pierwszego września. Trudno się czyta wspomnienia ocalałych i tych, którzy nie dotarli do szkoły na czas. Ani o zazdrości tych, których śmierć bliskich nie dotknęła.
Dziś rano Nogaś przyniósł "Zwrotnik Ukraina", zbiór esejów pod redakcją Jurija Andruchowicza. On zawsze opowiada bardzo sugestywnie i nigdy się nie zawiodłam na książkach, które poleca, ale po tę chyba nie sięgnę, zwłaszcza po wysłuchaniu wspomnień Julii na początku szóstej minuty audycji. Dokładnie w tym samym czasie siedziałam chora w domu i zamiast leżeć w łóżku przerzucałam kanały z niedowierzaniem, ale wszystkie stacje mówiły to samo, i nasi, i Niemcy i Amerykanie, tylko zdjęcia były inne, Wtedy nie czułam zimna ani temperatury, tylko strach, który od tamtej pory jest ze mną cały czas. Od kilku tygodni słyszę koła pociągów towarowych dudniących nocami po pustych od lat torach, a za chwilę, kilkadziesiąt kilometrów stąd zaczynają się manewry NATO. Nie mogę od tego uciec, bo to tutaj jest, ale nie chcę o tym czytać.
czwartek, 11 września 2014
Środkowotygodniowa fala zmęczenia.
Jestem przemęczona i wszystko mnie wkurza: i telefon odmawiający współpracy, i spam na poczcie i dziamgajacy pieseczek. Lubię zwierzątka, ale doświadczenia ostatniego okresu nastawiły mnie antypieseczkowo i mój plan przygarnięcia gada na emeryturze zaczyna mieć coraz słabsze podstawy, Dziamga to, jest namolne i śmierdzi. Może zmienię zdanie za te dwadzieścia lat z hakiem, albo poszukam jakiejś introwertycznej rasy kociopodobnej. Bo koty to przecież całkiem inna para kaloszy, tylko, że ja twardo stoję na stanowisko, że kot wymaga ogrodu i wolności. Się zobaczy. Chociaż ... pies z góry jest całkiem fajny.
Poza tym tydzień obfituje w sprawy różne, a jeszcze się nie skończył. Dość płynnie posuwa się sprawa małego remontu. Pan fachowiec przybył w oznaczonym terminie i pomierzył, a dziś dzwonił z pytaniem o detale, bo technolog pyta, czyli chyba ten, co wykonuje, w takim razie już się wziął do roboty, choć obiecali najszybciej pod koniec miesiąca, to może mogę być dobrej myśli, oby, fajnie by było. Innyż fachowiec za to miał zamknięty geszeft, gdym tam dotarła. W środku dnia! To chyba jedyny zakład w okolicy praktykujący sjestę. No ludzie, toż to nie ten klimat. W każdym razie tylko pocałowałam klamkę nie nauczywszy się godzin funkcjonowania na pamięć i teraz nie wiem kiedy ewentualnie mogę się tam udać ponownie ie narażając się na zbyteczne spacery, bo tyle ruchu może zaszkodzić.
A zmęczona jestem, bo się nie wysypiam choć ciężko pracuję i powinnam. Poprzedniej nocy zjechałam całą Europę w jakiejś dzikiej samochodowej podróży, w której bagaże chowaliśmy wewnątrz ołtarza za tajnymi drzwiczkami. To jak ja mam być wypoczęta?
Poza tym tydzień obfituje w sprawy różne, a jeszcze się nie skończył. Dość płynnie posuwa się sprawa małego remontu. Pan fachowiec przybył w oznaczonym terminie i pomierzył, a dziś dzwonił z pytaniem o detale, bo technolog pyta, czyli chyba ten, co wykonuje, w takim razie już się wziął do roboty, choć obiecali najszybciej pod koniec miesiąca, to może mogę być dobrej myśli, oby, fajnie by było. Innyż fachowiec za to miał zamknięty geszeft, gdym tam dotarła. W środku dnia! To chyba jedyny zakład w okolicy praktykujący sjestę. No ludzie, toż to nie ten klimat. W każdym razie tylko pocałowałam klamkę nie nauczywszy się godzin funkcjonowania na pamięć i teraz nie wiem kiedy ewentualnie mogę się tam udać ponownie ie narażając się na zbyteczne spacery, bo tyle ruchu może zaszkodzić.
A zmęczona jestem, bo się nie wysypiam choć ciężko pracuję i powinnam. Poprzedniej nocy zjechałam całą Europę w jakiejś dzikiej samochodowej podróży, w której bagaże chowaliśmy wewnątrz ołtarza za tajnymi drzwiczkami. To jak ja mam być wypoczęta?
sobota, 6 września 2014
polish your english - czyli mów poprawnie, na litość boską
Jest piękny wrzesień, już zaczynają opadać pojedyncze żółknące liście, ale wciąż jest zielono, ciepło i słonecznie. Wojsko wyleguje się w plamach słońca na trawniku pod akacjami i omawia plan dzisiejszych podchodów. Tak będzie za tydzień i za miesiąc i przez cały rok. Harcerstwo jakoś zdechło, a wojsko przejęło jego rolę ucząc młodzież o mchu porastającym pnie drzew od północy, myślenia i patriotyzmu.
Moją postawę ukształtowało socjalistyczne harcerstwo i takaż szkoła. Nauczono mnie wrażliwości na innych, szanowania flagi i starszych od siebie, wysłuchiwania hymnu w powadze i dumy z bycia Polką. Później już sama odkryłam, że nie mam obowiązku brania na barki odpowiedzialności za cały naród i jeśli moi pobratymcy zachowują się niegodnie, tym bardziej warto przyznawać się do polskości i pokazywać, że jesteśmy tak samo zróżnicowani, jak każda inna nacja. Stopniowo poznawałam ciepłych i troskliwych Niemców, niezwykle obowiązkowych Hiszpanów, uczciwych i cichych Włochów, Anglików tak rozmaitych, że mogliby charakterami obdzielić wiele innych nacji. Odpowiadamy tylko za siebie i warto być dumnym z tego kim się jest.
Język jest częścią naszej tożsamości, dlatego tak mnie razi niechlujstwo, bezmyślne powtarzanie modnych fraz (myślę sobie, tak?, ubogacić, pochylić się, itd) i ta ilość przekleństw, używanych także przez ludzi wykształconych. U nich razi mnie najbardziej, bo jest świadectwem rozleniwienia umysłowego, braku podejmowania próby bycia precyzyjnym czy dosadnym za pomocą języka parlamentarnego. Wiem, to wymaga inwencji i namysłu. Pomijając sytuacje nagłe, kiedy rozmaite 'kurwy' wypadają odruchowo, drażni mnie, gdy człowiek pozornie kulturalny prezentuje słownictwo ograniczone do poziomu podstawowego. Jednocześnie cieszy, gdy słyszę piękną polszczyznę rzemieślnika, czyli jednak można bez magistrów robionych nocą.
Premier, w związku z nową funkcja, obiecał podszkolić język. To chwalebne i oczywiste, nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Z okazji złożonej przez niego obietnicy, wszyscy zachwycają się wyrażeniem, jakiego użył i zastanawiają się, kto mu to na pisał, kto na to wpadł, a przecież ta ameryka została odkryta już dawno. Bardzo możliwe, że przez początkującego ucznia, bo tylko tacy szukają w słownikach podstawowych przymiotników, a jeśli ma się słownik nieco obszerniejszy, podający wiele znaczeń, do tego lubi zabawy słowne, to 'polish your English" narzuca się samo. Wykorzystali to autorzy książeczki wydanej drukiem jeszcze w ubiegłym wieku, z przedmową datowaną na 1989 rok. Oprócz zawartości, to właśnie zabawny tytuł zachęcił mnie do zakupu, chociaż wtedy chyba jeszcze nie wszystkie zadania były dla mnie dostępne.
Moją postawę ukształtowało socjalistyczne harcerstwo i takaż szkoła. Nauczono mnie wrażliwości na innych, szanowania flagi i starszych od siebie, wysłuchiwania hymnu w powadze i dumy z bycia Polką. Później już sama odkryłam, że nie mam obowiązku brania na barki odpowiedzialności za cały naród i jeśli moi pobratymcy zachowują się niegodnie, tym bardziej warto przyznawać się do polskości i pokazywać, że jesteśmy tak samo zróżnicowani, jak każda inna nacja. Stopniowo poznawałam ciepłych i troskliwych Niemców, niezwykle obowiązkowych Hiszpanów, uczciwych i cichych Włochów, Anglików tak rozmaitych, że mogliby charakterami obdzielić wiele innych nacji. Odpowiadamy tylko za siebie i warto być dumnym z tego kim się jest.
Język jest częścią naszej tożsamości, dlatego tak mnie razi niechlujstwo, bezmyślne powtarzanie modnych fraz (myślę sobie, tak?, ubogacić, pochylić się, itd) i ta ilość przekleństw, używanych także przez ludzi wykształconych. U nich razi mnie najbardziej, bo jest świadectwem rozleniwienia umysłowego, braku podejmowania próby bycia precyzyjnym czy dosadnym za pomocą języka parlamentarnego. Wiem, to wymaga inwencji i namysłu. Pomijając sytuacje nagłe, kiedy rozmaite 'kurwy' wypadają odruchowo, drażni mnie, gdy człowiek pozornie kulturalny prezentuje słownictwo ograniczone do poziomu podstawowego. Jednocześnie cieszy, gdy słyszę piękną polszczyznę rzemieślnika, czyli jednak można bez magistrów robionych nocą.
Premier, w związku z nową funkcja, obiecał podszkolić język. To chwalebne i oczywiste, nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Z okazji złożonej przez niego obietnicy, wszyscy zachwycają się wyrażeniem, jakiego użył i zastanawiają się, kto mu to na pisał, kto na to wpadł, a przecież ta ameryka została odkryta już dawno. Bardzo możliwe, że przez początkującego ucznia, bo tylko tacy szukają w słownikach podstawowych przymiotników, a jeśli ma się słownik nieco obszerniejszy, podający wiele znaczeń, do tego lubi zabawy słowne, to 'polish your English" narzuca się samo. Wykorzystali to autorzy książeczki wydanej drukiem jeszcze w ubiegłym wieku, z przedmową datowaną na 1989 rok. Oprócz zawartości, to właśnie zabawny tytuł zachęcił mnie do zakupu, chociaż wtedy chyba jeszcze nie wszystkie zadania były dla mnie dostępne.
Halina Urbańska i Daniel Blackman
czwartek, 21 sierpnia 2014
żelazna logika
Mniejsza, robiąc mi inwentaryzację na biurku, znalazła płyn do mycia okularów. Cmoka cała zadowolona, bo płyn w fajnej buteleczce z psikadełkiem, a takiej jeszcze nie ma. Ja tego nie używam, bo jedną z mądrości życiowych, jakimi obdarzyła mnie Rozemaryja jest mycie szkieł zwykłym płynem do mycia naczyń.
Wzięła moje okulary żeby sprawdzić skuteczność specyfiku, ale zamiast myć, to najpierw obmacuje szkła brudnymi paluchami. Pytam po co, zdziwiona odpowiada - There is no use in cleaning clean glasses.
No racja.
Wzięła moje okulary żeby sprawdzić skuteczność specyfiku, ale zamiast myć, to najpierw obmacuje szkła brudnymi paluchami. Pytam po co, zdziwiona odpowiada - There is no use in cleaning clean glasses.
No racja.
środa, 20 sierpnia 2014
dieta, p.s.
Będąc (nieortodoksyjnie) na wszystkich czterech dietach, ze dwa dni temu obejrzałam sobie cudną Meryl Streep w 'Julie i Julia' - filmie o Julie Child, której pierwsza książka kucharska liczy ponad 700 stron, a rozdział poświęcony zupom zaczyna się tak: "There is hardly a man alive who does not adore soup" :)
Maestrię Streep doceniam w pełni dopiero po obejrzeniu kilku filmów z panią Child w tubie. Gesty, postawa, a przede wszystkim sposób mówienia, genialne.
Julie Child jest ponoć wielbiona przez Amerykanów, bo była zwyczajna i miała duże poczucie humoru. Ponoć pytana o ulubione wino odpowiadała "Gin", ale mój ulubiony cytat dotyczy właśnie diety : “The only time to eat diet food is while you’re waiting for the steak to cook”
A oto jej wyraz miłości do masła.
Maestrię Streep doceniam w pełni dopiero po obejrzeniu kilku filmów z panią Child w tubie. Gesty, postawa, a przede wszystkim sposób mówienia, genialne.
Julie Child jest ponoć wielbiona przez Amerykanów, bo była zwyczajna i miała duże poczucie humoru. Ponoć pytana o ulubione wino odpowiadała "Gin", ale mój ulubiony cytat dotyczy właśnie diety : “The only time to eat diet food is while you’re waiting for the steak to cook”
A oto jej wyraz miłości do masła.
piątek, 15 sierpnia 2014
dieta
W końcu poszłam do doktora, bo już mnie to bolenie męczyło, ale wcześniej się zdiagnozowałam za pomocą komputera. Nie liczyłam na to, że ktokolwiek może mieć taką dziwaczną przypadłość, ale zaraz się okazało, że ma to pół internetu, co mnie znacznie uspokoiło, bo była szansa, że każdy lekarz to rozpozna i będę uleczoną. Co też się stało, ale pani doktór powiedziała, żebym się na razie odczepiła od roweru, mogę se najwyżej pojechać na zakupy i wrócić. Więcej nie pytałam, bo lekarze i bez tego mają pacjentów za idiotów. Miła pani magister zapytała konfidencjonalnie, czy upieram się przy tym akurat leku, czy może zechcę zamiennik o ponad połowę tańszy. Zechciałam, bo uważam, że oszczędzane jest etyczne, zwłaszcza, gdy wizja nowej chałupy staje się przez to bardziej realna.
Rower i inne ćwiczenia cielesne mają na celu pozbycie się zbędnego balastu, bo po zimowo - wiosennej wyczerpującej pracy wykonywanej głównie w pozycji mocno stabilnej, zrobiło się mnie więcej, co było już jednak przesadą, choć jeszcze nie wszystkie ubrania odmawiały współpracy. Postanowiłam z tym skończyć i przejść na dietę, a że czasami lubię rozmach to jestem na czterech, bo się ładnie komponują.
Pierwsza jest dietą lodową, o której już wspominałam. Lata temu okazało się, że moja bratowa też ją zna, odtąd stosujemy ją obie, dzielnie się wzajemnie wspierając. Szczególnie intensywnie zaczęłyśmy ją stosować w okolicach lodziarni pana Gałkiewicza (to nieco ulepszona wersja jego nazwiska, ale tylko o jedną literę, tak, żeby mu do lodów pasowało), który lody robi nad wyraz dobre. Lód bowiem wymaga od organizmu więcej energii na doprowadzenie go do stanu 36,6, niż jej dostarcza, a organizm zmuszony do takiego wydatkowania energii chudnie - proste i przyjemne.
Druga to dieta snem, bo organizm lubi spać, wtedy się rozprostowuje i chudnie. Jak i poprzednia, ta też jest naukowo udokumentowana, więc można stosować bez zbędnych obaw. Ja w lecie miewam kłopoty ze snem, bo jestem zrobiona do zimnego klimatu i słabo znoszę upały, ale akurat się ochłodziło, więc korzystam ile się da.
Dieta dwóch posiłków została odkryta przypadkiem w czasie eksperymentów z lekami dla cukrzyków. Okazało się otóż, że grupa, która dostawała tylko dwa posiłki dziennie zaczęła nieoczekiwanie chudnąć w odróżnieniu od tej, która jadła po bożemu, czyli pięć razy. Mnie się jedzenie takiej zawrotnej ilości posiłków zawsze wydawało podejrzane, bo który Jakut czy Ewenek ma ochotę na tak częste zdejmowanie rękawic, a do nich mi zdecydowanie bliżej, niż do mieszkańców Mozambiku.
No i ostatnia, najnowsza, która się na mnie rzuciła któregoś razu, nakazując jeść tylko w ciągu 8 godzin w czasie doby, a w pozostałe nie. Już na pierwszy rzut oka widać, że się idealnie łączy z dwoma posiłkami, więc stosuję z entuzjazmem.
Waga powiedziała, że owszem, zimowy nadmiar poszedł precz, ale potem się zacięła i zdaje się nie zauważać wysiłków, ale może się po prostu zepsuła czy coś.
Rower i inne ćwiczenia cielesne mają na celu pozbycie się zbędnego balastu, bo po zimowo - wiosennej wyczerpującej pracy wykonywanej głównie w pozycji mocno stabilnej, zrobiło się mnie więcej, co było już jednak przesadą, choć jeszcze nie wszystkie ubrania odmawiały współpracy. Postanowiłam z tym skończyć i przejść na dietę, a że czasami lubię rozmach to jestem na czterech, bo się ładnie komponują.
Pierwsza jest dietą lodową, o której już wspominałam. Lata temu okazało się, że moja bratowa też ją zna, odtąd stosujemy ją obie, dzielnie się wzajemnie wspierając. Szczególnie intensywnie zaczęłyśmy ją stosować w okolicach lodziarni pana Gałkiewicza (to nieco ulepszona wersja jego nazwiska, ale tylko o jedną literę, tak, żeby mu do lodów pasowało), który lody robi nad wyraz dobre. Lód bowiem wymaga od organizmu więcej energii na doprowadzenie go do stanu 36,6, niż jej dostarcza, a organizm zmuszony do takiego wydatkowania energii chudnie - proste i przyjemne.
Druga to dieta snem, bo organizm lubi spać, wtedy się rozprostowuje i chudnie. Jak i poprzednia, ta też jest naukowo udokumentowana, więc można stosować bez zbędnych obaw. Ja w lecie miewam kłopoty ze snem, bo jestem zrobiona do zimnego klimatu i słabo znoszę upały, ale akurat się ochłodziło, więc korzystam ile się da.
Dieta dwóch posiłków została odkryta przypadkiem w czasie eksperymentów z lekami dla cukrzyków. Okazało się otóż, że grupa, która dostawała tylko dwa posiłki dziennie zaczęła nieoczekiwanie chudnąć w odróżnieniu od tej, która jadła po bożemu, czyli pięć razy. Mnie się jedzenie takiej zawrotnej ilości posiłków zawsze wydawało podejrzane, bo który Jakut czy Ewenek ma ochotę na tak częste zdejmowanie rękawic, a do nich mi zdecydowanie bliżej, niż do mieszkańców Mozambiku.
No i ostatnia, najnowsza, która się na mnie rzuciła któregoś razu, nakazując jeść tylko w ciągu 8 godzin w czasie doby, a w pozostałe nie. Już na pierwszy rzut oka widać, że się idealnie łączy z dwoma posiłkami, więc stosuję z entuzjazmem.
Waga powiedziała, że owszem, zimowy nadmiar poszedł precz, ale potem się zacięła i zdaje się nie zauważać wysiłków, ale może się po prostu zepsuła czy coś.
środa, 6 sierpnia 2014
"Połóż się na kocu, bądź ręczniku"
Pan od ćwiczeń fizycznych wydaje polecenia niezmordowanie przez niemal godzinę, moją ulubioną jest "Teraz zrobimy kilka pompek", kiedyś policzyłam, to 'kilka' oznacza ok.50. Zabawnych wstawek jest cała masa, co wpływa na motywację zawodnika, czyli mnie, bo znowu zaczęłam. Od ponad tygodnia budzę się z koszmarnym bólem mięśni wzdłuż kręgosłupa. Kładę się zdrowa, a budzę połamana. Mam nadzieję, że to tylko wina rozlicznych niewygodnych posłań w ostatnim czasie, w każdym razie wczorajsza sesja trochę pomogła i dzisiejszy poranek był dużo znośniejszy. Dodatkowe atuty w postaci mieszczenia się w coraz to nowe ciuchy są nie do przecenienia.
A to zdrajczynie, które nagle wybuchły kwieciem pod moją nieobecność. Znaczy z cudzych rąk woda lepiej smakuje. Rok temu też mi tak zrobiły niewdzięcznice.
A to zdrajczynie, które nagle wybuchły kwieciem pod moją nieobecność. Znaczy z cudzych rąk woda lepiej smakuje. Rok temu też mi tak zrobiły niewdzięcznice.
niedziela, 3 sierpnia 2014
po wakacjach
zostały mi liczne tubki pełne kremów z wysokim filtrem, dlatego smaruję się obecnie Sonnenmilch für Kids i pachnę jak zapiaszczone plastikowe łopatki i wiaderka porzucone przed chwilą na plaży. Nie narzekam, czuje się, jakbym dopiero co wstała z kocyka.
Hiszpanie, tak samo jak poprzednio i chyba wbrew stereotypom, okazali się raczej pełni rezerwy, ale generalnie im bardziej na północ, tym milsi. Poza większością kampingów nieczęsto udawało nam się porozumieć po angielsku, kilka razy przydał się niemiecki, ale najczęściej sytuację ratowały liczebniki i zwroty, których D. wyuczył się z jakichś rozmówek. Np.: ze 40 km na południe od Granady, piękna, szeroka piaszczysta plaża, zadbane trawniki, parkingi i palmy, a pani na kampingu ani słowa po angielsku. Namachaliśmy się rękami, narobiliśmy min, ale w końcu podniosła szlaban i pozwoliła wjechać. Jedyną osobą, z jaką udało nam się w tej miejscowości dogadać, była mówiąca po niemiecku pani ze spożywczego. Otóż okazało się, że tam akurat nie przyjeżdżają obcy (a my?!), tylko Hiszpanie, więc i nie ma potrzeby zawracania sobie głowy zbyteczną nauką.
Osobną kategorią okazali się kelnerzy, których można podzielić na dwie grupy: fajni (tym zostawialiśmy fajne napiwki) i obrażone panie/panowie z gieesu (napiwek?). Większość stanowili ci pierwsi, którzy cierpliwie i z uśmiechem tłumaczyli detalicznie skład potraw (przy braku wspólnego języka używali rozmaitych materiałów poglądowych z próbkami dań włącznie). Ci drudzy, no cóż, może mieli gorsze dni. Za to jedzenie było pyszne.
Niemcy z kolei pokazali mi swoje inne oblicze. Takie mniej akuratne. Wprawdzie znałam już Gabriellę, która kazała nam nielegalnie zwiedzać, gdy sama stała na czatach i Petrę, która wytrzymała dwa tygodnie w obcym domu, w którym akurat odbywał się remont i ani słowem się nie poskarżyła, ale to, co zobaczyłam tego lata, trochę odebrało mi mowę. Dwa razy byłam na OHP w DDR, a w Polsce ostatni raz mieszkałam na polu namiotowym z dziesięć lat temu. No to teraz było podobnie. Ale moje trzy ulubione zagraniczne koleżanki to właśnie Niemki.
Brytyjczykom zdecydowanie nie służy chów wsobny, ani też ichni system socjalny - takie można odnieść wrażenie w niektórych regionach kraju stojąc na ulicy w środku dnia i obserwując tych, którzy akurat nie są w pracy. Niezłym biznesem jest też bycie tatuażystą, bo społeczeństwo masowo korzysta wprawiając przypadkowych obserwatorów w konsternację. Owszem, rozdziawiałyśmy gęby, jak wsiowe dziecki w XIX wieku na widok parowozu, ale za to powstrzymywałyśmy się od pokazywania palcami. A takich, jak pan Adam, to wcześniej widywałam jedynie w telewizorze.
W mediach istniejemy jako Europa wschodnia, zwłaszcza, gdy informacja ma negatywne konotacje. A często ma i nawet, gdy jest mowa o jakimś konkretnym człowieku, to zazwyczaj jest on imigrantem z Europy wschodniej, a nie Polakiem czy Litwinem. Ale to akurat temat rzeka na kilka prac naukowych.
Bo podróże kształcą.
Hiszpanie, tak samo jak poprzednio i chyba wbrew stereotypom, okazali się raczej pełni rezerwy, ale generalnie im bardziej na północ, tym milsi. Poza większością kampingów nieczęsto udawało nam się porozumieć po angielsku, kilka razy przydał się niemiecki, ale najczęściej sytuację ratowały liczebniki i zwroty, których D. wyuczył się z jakichś rozmówek. Np.: ze 40 km na południe od Granady, piękna, szeroka piaszczysta plaża, zadbane trawniki, parkingi i palmy, a pani na kampingu ani słowa po angielsku. Namachaliśmy się rękami, narobiliśmy min, ale w końcu podniosła szlaban i pozwoliła wjechać. Jedyną osobą, z jaką udało nam się w tej miejscowości dogadać, była mówiąca po niemiecku pani ze spożywczego. Otóż okazało się, że tam akurat nie przyjeżdżają obcy (a my?!), tylko Hiszpanie, więc i nie ma potrzeby zawracania sobie głowy zbyteczną nauką.
Osobną kategorią okazali się kelnerzy, których można podzielić na dwie grupy: fajni (tym zostawialiśmy fajne napiwki) i obrażone panie/panowie z gieesu (napiwek?). Większość stanowili ci pierwsi, którzy cierpliwie i z uśmiechem tłumaczyli detalicznie skład potraw (przy braku wspólnego języka używali rozmaitych materiałów poglądowych z próbkami dań włącznie). Ci drudzy, no cóż, może mieli gorsze dni. Za to jedzenie było pyszne.
Niemcy z kolei pokazali mi swoje inne oblicze. Takie mniej akuratne. Wprawdzie znałam już Gabriellę, która kazała nam nielegalnie zwiedzać, gdy sama stała na czatach i Petrę, która wytrzymała dwa tygodnie w obcym domu, w którym akurat odbywał się remont i ani słowem się nie poskarżyła, ale to, co zobaczyłam tego lata, trochę odebrało mi mowę. Dwa razy byłam na OHP w DDR, a w Polsce ostatni raz mieszkałam na polu namiotowym z dziesięć lat temu. No to teraz było podobnie. Ale moje trzy ulubione zagraniczne koleżanki to właśnie Niemki.
Brytyjczykom zdecydowanie nie służy chów wsobny, ani też ichni system socjalny - takie można odnieść wrażenie w niektórych regionach kraju stojąc na ulicy w środku dnia i obserwując tych, którzy akurat nie są w pracy. Niezłym biznesem jest też bycie tatuażystą, bo społeczeństwo masowo korzysta wprawiając przypadkowych obserwatorów w konsternację. Owszem, rozdziawiałyśmy gęby, jak wsiowe dziecki w XIX wieku na widok parowozu, ale za to powstrzymywałyśmy się od pokazywania palcami. A takich, jak pan Adam, to wcześniej widywałam jedynie w telewizorze.
W mediach istniejemy jako Europa wschodnia, zwłaszcza, gdy informacja ma negatywne konotacje. A często ma i nawet, gdy jest mowa o jakimś konkretnym człowieku, to zazwyczaj jest on imigrantem z Europy wschodniej, a nie Polakiem czy Litwinem. Ale to akurat temat rzeka na kilka prac naukowych.
Bo podróże kształcą.
środa, 16 lipca 2014
Hiszpańska fauna
Biedny koteczek to główny przedstawiciel fauny. Głodna sierotka, zamorzone biedactwo pojawia się zawsze, gdy naiwny mieszkaniec kempingu wyciąga wiktuały. Po tym, gdy już każdy kęs zostanie policzony tymi wielkimi oczami, nawet największy twardziel odejmie sobie od ust i nakarmi wątłe, chwiejące się na cienkich nóżkach zwierzątko. Bezpardonowe pakowanie się na kolana, łaszenie się do nóg, a w końcu głośne awantury zapewniają im gęste i lśniące futerka. Ten miał szczególnie dobrze wytrenowany proszalny wzrok i gdy przyłapaliśmy go podczas sjesty na środku gęsto uczęszczanej uliczki, jego zadowolony pysk wyraźnie świadczył, że tego dnia turyści byli wyjątkowo łatwi.
Plaża w Tarifie to kilometry piachu pomiędzy oceanem, a zaroślami parku narodowego. Po parku można chodzić tylko wyznaczonymi ścieżkami, czytać tablice informacyjne i ogólnie nie zakłócać. W oceanie można się kąpać bez ograniczeń (co uczyniliśmy) i podziwiać góry Afryki oddalone o rzut beretem. To jeśli chodzi o ludzi, bo przedstawiciele innych gatunków, udając analfabetyzm, depczą, wyrywają, łamią, a jak im się znudzi, to korzystając z posiadanych barw maskujących, uwalają się na chronionej florze, jak ten na obrazku.
Na skale Gibraltaru mieszkają najsmutniejsze małpy świata. Oficjalnie jest tam park narodowy, a faktycznie pomieszanie średniowiecznego jarmarku, dziewiętnastowiecznego ZOO i cyrku w najgorszym wydaniu. Całą trasę od podnóża na szczyt przeszliśmy na piechotę, a towarzyszyły nam tylko dwie chude Angielki. Cała reszta była dowożona busikami, tratującymi każdego napotkanego pieszego i wysypywana przez kierowców w miejscu stacjonowania małp, a potem zaczynał się szoł: kuszenie biszkopcikami i pozowanie do zdjęć.
G...o prawda, że małpy są agresywne, zaczynają takie być po wcześniejszym drażnieniu, machaniu kanapkami przed nosem, szeleszczeniu woreczkami foliowymi, a niezaczepiane mają ludzi w głębokim poważaniu.
Są jeszcze komary żrące bez litości, wróbelki nie czekające na spadające ze stołu okruszki, ale panoszące się na tym stole i pakujące do dziobów ile wlezie, by zanieść to wszystko wrzaskliwemu potomstwu oraz szwadrony zielonych papug przelatujących z wrzaskiem nad namiotami o świtaniu. Poza tym, to bardzo spokojny kraj.
Plaża w Tarifie to kilometry piachu pomiędzy oceanem, a zaroślami parku narodowego. Po parku można chodzić tylko wyznaczonymi ścieżkami, czytać tablice informacyjne i ogólnie nie zakłócać. W oceanie można się kąpać bez ograniczeń (co uczyniliśmy) i podziwiać góry Afryki oddalone o rzut beretem. To jeśli chodzi o ludzi, bo przedstawiciele innych gatunków, udając analfabetyzm, depczą, wyrywają, łamią, a jak im się znudzi, to korzystając z posiadanych barw maskujących, uwalają się na chronionej florze, jak ten na obrazku.
Na skale Gibraltaru mieszkają najsmutniejsze małpy świata. Oficjalnie jest tam park narodowy, a faktycznie pomieszanie średniowiecznego jarmarku, dziewiętnastowiecznego ZOO i cyrku w najgorszym wydaniu. Całą trasę od podnóża na szczyt przeszliśmy na piechotę, a towarzyszyły nam tylko dwie chude Angielki. Cała reszta była dowożona busikami, tratującymi każdego napotkanego pieszego i wysypywana przez kierowców w miejscu stacjonowania małp, a potem zaczynał się szoł: kuszenie biszkopcikami i pozowanie do zdjęć.
G...o prawda, że małpy są agresywne, zaczynają takie być po wcześniejszym drażnieniu, machaniu kanapkami przed nosem, szeleszczeniu woreczkami foliowymi, a niezaczepiane mają ludzi w głębokim poważaniu.
Są jeszcze komary żrące bez litości, wróbelki nie czekające na spadające ze stołu okruszki, ale panoszące się na tym stole i pakujące do dziobów ile wlezie, by zanieść to wszystko wrzaskliwemu potomstwu oraz szwadrony zielonych papug przelatujących z wrzaskiem nad namiotami o świtaniu. Poza tym, to bardzo spokojny kraj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)