Zrobiłam sobie przerwę, pierwszy raz od dawna zrobiłam w końcu coś sensownego. Podlałam pomidory, wyplewiłam sałatę, zjadłam truskawkę ciepłą od słońca, a w rumianku znalazłam nożyce, które pewnie mama zostawiła tam ostatnio. Nasłuchałam się śpiewu ptaków, wytrzepałam błoto z kaloszy i przez jedno popołudnie byłam w innym świecie.
Nie chce mi się już myśleć o pracy, mam chwilowo dość. Kilka dni temu kupiłam bilety do Alhambry i wakacje stały się choć trochę bardziej rzeczywiste, bo do tej pory nie miałam nawet czasu na myślenie, planowanie i cieszenie się. D. już od jakiegoś czasu pochłania hiszpańskie zwroty, bo w Barcelonie było dość średnio z angielskim. Szybko, bo w ubiegłym roku greki uczyliśmy się dopiero w samochodzie, co i tak okazało się tylko miłym ozdobnikiem, bo nawet dziewczyna sprzedająca pomarańcze gdzieś w głuszy Argolidy znała angielskie liczebniki. Chcę, żeby to było już. Na lato mam plan, a teraz męczy mnie już ten chaos i kilka rzeczy robionych na raz.
Niech już przynajmniej zakwitną te akacje.
wtorek, 20 maja 2014
czwartek, 15 maja 2014
Przezorna jak Noe
Wiadomo, że jak są Trzej Ogrodnicy i Zimna Zośka, to pogoda bywa parszywa, ale teraz straszyli powodzią już od poniedziałku. U mnie, jak zwykle w takich razach, świeciło słońce. Aż do dziś. Z rana lunęło i nie przestaje, a że w mojej lodówce było tylko pół kalafiora, mleko i musztarda, to postanowiłam się zaopatrzyć na wypadek klęski. Na szczęście, po ubiegłorocznych letnich wakacjach na południu Anglii mam porządne nieprzemakalne buty i takąż kurtkę, więc odziałam się szczelnie. Samochód jest dość wysoki, więc łatwo go rozpoznałam na parkingu po wystającej antenie. Po drodze mijałam listonosza w płetwach i czapce uszance. Jak już wylałam wodę z butów i auta, oraz powyganiałam z foteli kijanki mogłam ruszyć do sklepu, w którym parking jest pod samymi kasami. Kupiłam nawet słodkie rogale i hermetycznie zapakowaną wędlinę. Wiem, zgniją mi od tego kiszki, a na składkowych wakacjach w lipcu policzą mi koszty przejazdu za półtorej osoby, ale potop to nie jest przecież pora na jakieś diety.
Jest prawie tak:
Tylko, że gdy nad Tiszą nagle się skończył asfalt, to przynajmniej był prom. Może i mikry, może i musieliśmy czasowo pozbawić N. podstawowych swobód obywatelskich, by w ogóle na niego wlazła, ale był, a tu ani pół kajaka. Trzeba mi było kupić te wodery w Lidrze, jak leżały.
Jest prawie tak:
Tylko, że gdy nad Tiszą nagle się skończył asfalt, to przynajmniej był prom. Może i mikry, może i musieliśmy czasowo pozbawić N. podstawowych swobód obywatelskich, by w ogóle na niego wlazła, ale był, a tu ani pół kajaka. Trzeba mi było kupić te wodery w Lidrze, jak leżały.
czwartek, 1 maja 2014
moje paszporty
Paszporty, bo dziś okrągła rocznica przystąpienia do UE, co dla mnie wiąże się głównie z ułatwieniami w podróżowaniu. Nawet z przejażdżki rowerowej po okolicy wracam z tyłkiem mniej obolałym niż dawniej, bo dzięki unijnym programom nasze wsiowe drogi są w coraz lepszym stanie.
Ten po prawej jest najstarszy z trójki, ale to nr 2. Nr 1 miał pieczątkę uprawniającą mnie do odwiedzenia tylko kilku bratnich krajów i dzięki niemu zobaczyłam Berlin Wschodni z przyległościami. Mieszkałam wtedy w pałacu we wsi o ślicznej nazwie Großkreuz.
Drugi, ostemplowany do ostatniego skrawka wolnego miejsca zawiera już pieczęć zezwalającą na podróże po całym świecie oraz wizy brytyjską i niemiecką. Tym razem miejsce stacjonowania w samym sercu Bawarii nosiło złowrogą nazwę Wolfersdorf, zaś angielskie miasteczka i wsie miały nazwy miękkie i łagodne.
Środkowy zawiera pamiątkową pieczątkę wbitą dziesięć lat temu na granicy polsko-słowackiej, który to stempel niemal wydarliśmy celnikowi z gardła, bo w ciągu jednej nocy stracił całe zainteresowanie legalnością przekraczania granicy przez tabuny turystów szwendających pomiędzy polską Szczawnicą, a słowacką Lesnicą.
Najnowszy nie ma jeszcze dwóch lat, a w środku tylko dwa stempelki z Serbii, choć w tym czasie spędziłam w sumie sześć tygodni w podróżach po sześciu europejskich krajach.
Najczęściej w ogóle nie potrzebuję paszportu ani gotówki w kilku walutach, bo wystarczają dwa kawałki plastiku: dowód osobisty i karta bankowa. To dla mnie najbardziej bezpośrednio odczuwalny efekt zmian.
Ten po prawej jest najstarszy z trójki, ale to nr 2. Nr 1 miał pieczątkę uprawniającą mnie do odwiedzenia tylko kilku bratnich krajów i dzięki niemu zobaczyłam Berlin Wschodni z przyległościami. Mieszkałam wtedy w pałacu we wsi o ślicznej nazwie Großkreuz.
Drugi, ostemplowany do ostatniego skrawka wolnego miejsca zawiera już pieczęć zezwalającą na podróże po całym świecie oraz wizy brytyjską i niemiecką. Tym razem miejsce stacjonowania w samym sercu Bawarii nosiło złowrogą nazwę Wolfersdorf, zaś angielskie miasteczka i wsie miały nazwy miękkie i łagodne.
Środkowy zawiera pamiątkową pieczątkę wbitą dziesięć lat temu na granicy polsko-słowackiej, który to stempel niemal wydarliśmy celnikowi z gardła, bo w ciągu jednej nocy stracił całe zainteresowanie legalnością przekraczania granicy przez tabuny turystów szwendających pomiędzy polską Szczawnicą, a słowacką Lesnicą.
Najnowszy nie ma jeszcze dwóch lat, a w środku tylko dwa stempelki z Serbii, choć w tym czasie spędziłam w sumie sześć tygodni w podróżach po sześciu europejskich krajach.
Najczęściej w ogóle nie potrzebuję paszportu ani gotówki w kilku walutach, bo wystarczają dwa kawałki plastiku: dowód osobisty i karta bankowa. To dla mnie najbardziej bezpośrednio odczuwalny efekt zmian.
piątek, 25 kwietnia 2014
bohaterstwo
Śniło mi się, że mijam drzwi jasno oświetlonego, ciepłego, pełnego nowego towaru sklepu odzieżowego i wchodzę do biblioteki. No i zaraz mnie pokarało, bo musiałam wypełnić jakąś idiotyczna ankietę.
To jeśli chodzi o wróżebną siłę snów, bo mam tu wydarzenia z ostatniego tygodnia. Wczoraj zastanawiałam się nad dotarciem do książek, brałam pod uwagę bibliotekę uniwersytecką, ale najpierw karta absolwenta, klasztorną, ale ona wciąż mnie odrzuca i bardzo możliwe, że w końcu wybiorę bibliotekę zamorską, bo tam będzie najpewniej, tylko muszę wysłać E. na przeszpiegi w sprawie dostępu dla ludzi z ulicy. A ankieta mnie dopadła na lotnisku. Facet zbierał dane do pracy magisterskiej, no to chcieliśmy pomóc, bo każdy czasem potrzebuje pomocy. Luuudzie! Tak debilnie skonstruowanych zdań nie widziałam już dawno i to ma być magister? Magister, który nie opanował mowy ojczystej. W chwili rozpaczy rzuciłam długopisem aż S. go przejął, jak i całą ankietę i tłumacząc jak dziecku, skończył wypełnianie i powiedział, że nie, nie mam myśleć. No, to jeśli chodzi o wróżki, cyganki, tarot i szklane kule.
A to znalazłam ostatnio i już dwa razy obejrzałam/wysłuchałam. Równie ważne jak muzyka są opowiastki Stinga, tam jest cała historia, a on sam jest zabawnym gadułą.
I jeszcze szkocka piosenka miłosna, która się snuje za mną od nie wiem ilu lat. Jak to pięknie ujął jeden z komentujących: I need to go to bed but my ADHD keeps screaming the chorus of this song at me and basically there is no sleep until it stops:)
To jeśli chodzi o wróżebną siłę snów, bo mam tu wydarzenia z ostatniego tygodnia. Wczoraj zastanawiałam się nad dotarciem do książek, brałam pod uwagę bibliotekę uniwersytecką, ale najpierw karta absolwenta, klasztorną, ale ona wciąż mnie odrzuca i bardzo możliwe, że w końcu wybiorę bibliotekę zamorską, bo tam będzie najpewniej, tylko muszę wysłać E. na przeszpiegi w sprawie dostępu dla ludzi z ulicy. A ankieta mnie dopadła na lotnisku. Facet zbierał dane do pracy magisterskiej, no to chcieliśmy pomóc, bo każdy czasem potrzebuje pomocy. Luuudzie! Tak debilnie skonstruowanych zdań nie widziałam już dawno i to ma być magister? Magister, który nie opanował mowy ojczystej. W chwili rozpaczy rzuciłam długopisem aż S. go przejął, jak i całą ankietę i tłumacząc jak dziecku, skończył wypełnianie i powiedział, że nie, nie mam myśleć. No, to jeśli chodzi o wróżki, cyganki, tarot i szklane kule.
A to znalazłam ostatnio i już dwa razy obejrzałam/wysłuchałam. Równie ważne jak muzyka są opowiastki Stinga, tam jest cała historia, a on sam jest zabawnym gadułą.
I jeszcze szkocka piosenka miłosna, która się snuje za mną od nie wiem ilu lat. Jak to pięknie ujął jeden z komentujących: I need to go to bed but my ADHD keeps screaming the chorus of this song at me and basically there is no sleep until it stops:)
Film "Benny and Joon"
czwartek, 24 kwietnia 2014
grzmi też (gżmi terz/ tesz?)
Jak to dobrze (lub dobże w wersji K.), że nie umyłam okien, bo od kilku dni, raz po raz przelatują deszcze niespokojne malując przy tym wzorki na szybach. A po każdym takim deszczu zieleń atakuje z coraz większą zaciekłością, jak w Kongo w porze deszczowej. I dobże!
niedziela, 20 kwietnia 2014
po świętach
W związku z nieśpieszną pracą urzędników Jej Królewskiej Mości oraz ogólną flegmą panującą w Zjednoczonym Królestwie, święta w tym sezonie, zarówno jedne, jak i drugie, obchodziliśmy hurtem i to na grubo przed tymi drugimi. Były więc gwiazdkowe prezenty, które w kwietniu ucieszyły nie mniej niż cieszyłyby w grudniu, był barszcz z uszkami i czekoladowe zające, tudzież drób.
Większa, jak zwykle, z wyjątkiem sytuacji ekstremalnych, przyjmuje rzeczywistość ze stoickim spokojem i jest tak cudna, mądra i ułożona, że aż dziw, skąd się w tej rodzinie wzięła. Obstawiamy z mamą, że jest taka po dziadku W., bo żadna z nas go nie znała. Babia W., choć w restauracji ze sznyclami i frytkami jadała nożem i widelcem, nie mogła być dawczynią tych genów.
Mniejsza coraz wyraźniej przejawia ten sam rodzaj humoru, co Większa i lepiej nic przy nich nie mieć w ustach, bo walą znienacka i bez cienia uśmiechu na twarzach, można się opluć. O ile Większa mówi dość poprawnie, to Mniejsza uprawia językowy freestyle: w brzuchu się rambluje, a zęby się woblowają. Dwa się wywoblowały do tego stopnia, że musiałam odwalić robotę za wróżkę-zębuszkę. "Pulowaj, ale bardzo hard"- rzuca na przykład, ale trzeba przyznać, że przy dziadkach bardzo się stara i mówi tylko po polsku. Całkiem dobrze też czyta, choć nikt jej tego nie uczył. Cały czas się zapiera, że nie będzie kolejnym pokoleniem w zawodzie, ale Większa też tak mówiła w dziecięctwie, a teraz tylko rozważa,jaką wybrać specjalizację. Na studiach, już od początku, uczą ich poloru i ogłady. Po tym, jak grupa chłopców nie przepuściła staruszka z laską, który, na ich nieszczęście okazał się być dziekanem, cały rok dostał pisemne upomnienie, jako że takie zachowanie jest highly unprofessional i nie licuje z zawodem.
Teraz powoli dojrzewam do pisania i rozglądam się za nowym kompaktem, bo mój canon jest jednak trochę nieporęczny, a lato i wyjazdy blisko i nie wiadomo gdzie będzie potrzebny mały szpiegowski aparacik. Zdjęcie "Ostatniej wieczerzy" robione zza pazuchy jest wciąż moim ulubionym.
Większa, jak zwykle, z wyjątkiem sytuacji ekstremalnych, przyjmuje rzeczywistość ze stoickim spokojem i jest tak cudna, mądra i ułożona, że aż dziw, skąd się w tej rodzinie wzięła. Obstawiamy z mamą, że jest taka po dziadku W., bo żadna z nas go nie znała. Babia W., choć w restauracji ze sznyclami i frytkami jadała nożem i widelcem, nie mogła być dawczynią tych genów.
Mniejsza coraz wyraźniej przejawia ten sam rodzaj humoru, co Większa i lepiej nic przy nich nie mieć w ustach, bo walą znienacka i bez cienia uśmiechu na twarzach, można się opluć. O ile Większa mówi dość poprawnie, to Mniejsza uprawia językowy freestyle: w brzuchu się rambluje, a zęby się woblowają. Dwa się wywoblowały do tego stopnia, że musiałam odwalić robotę za wróżkę-zębuszkę. "Pulowaj, ale bardzo hard"- rzuca na przykład, ale trzeba przyznać, że przy dziadkach bardzo się stara i mówi tylko po polsku. Całkiem dobrze też czyta, choć nikt jej tego nie uczył. Cały czas się zapiera, że nie będzie kolejnym pokoleniem w zawodzie, ale Większa też tak mówiła w dziecięctwie, a teraz tylko rozważa,jaką wybrać specjalizację. Na studiach, już od początku, uczą ich poloru i ogłady. Po tym, jak grupa chłopców nie przepuściła staruszka z laską, który, na ich nieszczęście okazał się być dziekanem, cały rok dostał pisemne upomnienie, jako że takie zachowanie jest highly unprofessional i nie licuje z zawodem.
Teraz powoli dojrzewam do pisania i rozglądam się za nowym kompaktem, bo mój canon jest jednak trochę nieporęczny, a lato i wyjazdy blisko i nie wiadomo gdzie będzie potrzebny mały szpiegowski aparacik. Zdjęcie "Ostatniej wieczerzy" robione zza pazuchy jest wciąż moim ulubionym.
piątek, 18 kwietnia 2014
misc.
Robię porządki w papierach wygenerowane minionymi właśnie świętami i się natykam na to i owo:
News report: A woman was found face down in a bowl of corn flakes. Police are searching for a cereal killer.
Jest też a good script for your videos autorstwa Mniejszej. Scene: Park near little pond, lots of trees & lemonade stand.
News report: A woman was found face down in a bowl of corn flakes. Police are searching for a cereal killer.
Jest też a good script for your videos autorstwa Mniejszej. Scene: Park near little pond, lots of trees & lemonade stand.
sobota, 12 kwietnia 2014
Strangers on a Train
Nawet najlepsza książka czytana z obowiązku ciąży jak kula u nogi. Jeezu, szkoła to faktycznie może w człowieku zabić wszystkie chęci i entuzjazm. Chociaż w podstawówce i liceum czytałam wszystkie lektury (z wyjątkiem Sienkiewicza) i mi się podobało, no ale wtedy to ja czytałam wszystko, absolutnie wszystko.
Higsmith wydała to w 1950, 64 lata temu, a czyta się świetnie, za to film Hitchcocka starawy.
Higsmith wydała to w 1950, 64 lata temu, a czyta się świetnie, za to film Hitchcocka starawy.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
riserczerka Kalicińska
Jakiś czas temu słyszałam rozmowę z ową Kalicińską, dawniej nauczycielką biologii, a obecnie pisarką (a jeszcze w 1950 Chandler pisał, że zła beletrystyka nie jest wydawana, w przeciwieństwie do podłych kryminałów). Mówiąc o swojej karierze zawodowej przyznała, że była riserczerką oraz kopirajterką - tak, obecnie ta kobieta zajmuje się literaturą, operuje językiem, polskim, ojczystym. Gdy zaczęła opowiadać o kołczach i że 'myśli sobie' (chwała bogu, że tylko sobie), to pomyślałam, że mniejszą krzywdę zrobiłaby ludzkości, gdyby jednak poprzestała na omawianiu życia społecznego w koloniach mrówek.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Z drogi
I oto nastał ten dzień, gdy rozpoczęłam karierę modelki i zrobiono mi portret. Z żywym policjantem przy 74 km wymieniliśmy się fragmentami życiorysu i dostałam stówkę, a z maszyną o czym by tu? Kasa to jeszcze pół biedy, na mleko i suchy chleb zawsze wystarczy, ale punkty mi się gwałtownie kończą, a nie wiem, czy zdałabym ponownie egzamin.
LTM to największa swołocz na drodze, od zawsze, już nawet w lokalnych mediach o tym piszą. Musi był jakiś agresywny, a płodny właściciel w majątku. Dawniej to szło towarzystwo do powstania i mogło rozładować energię. Teraz nawet ziemniaki maszyna wykopuje, że o żniwach nie wspomnę, to i chłopaki szukają innych wrażeń. Jak widzę takiego idiotę to nie mam nic przeciwko, żeby wylądował w rowie. Dla ukojenia nerw.
W szkole zgodnie uznaliśmy, że zaczynamy się nudzić i większość zajęć to strata czasu, nawet u naszej Zosi. Wprawdzie podskakiwałam nerwowo na krzesełku przy bajce o czerwonym kapturku, no i dialogi mają fajne, ale żeby to nam jakoś poszerzało horyzonty, to niekoniecznie. Z. we wszystkim potrafi znaleźć dziesiąte dno, ale tym razem mnie to nie przekonuje. Za to esej Chandlera bardzo udany, w zabawny i interesujący sposób pastwi się nad złą literaturą.
Każdy z nas znajduje coś dla siebie i poprawia deficyty tu i ówdzie, generalnie jednak mamy poczucie niesmaku i zażenowania. Ten uniwersytet, choć starawy, znany, a w niektórych kręgach nawet szanowany, nie ma najlepszej marki i robi wszystko, żeby było jeszcze gorzej. Taki skansen z przybudówką z blachy falistej.
LTM to największa swołocz na drodze, od zawsze, już nawet w lokalnych mediach o tym piszą. Musi był jakiś agresywny, a płodny właściciel w majątku. Dawniej to szło towarzystwo do powstania i mogło rozładować energię. Teraz nawet ziemniaki maszyna wykopuje, że o żniwach nie wspomnę, to i chłopaki szukają innych wrażeń. Jak widzę takiego idiotę to nie mam nic przeciwko, żeby wylądował w rowie. Dla ukojenia nerw.
W szkole zgodnie uznaliśmy, że zaczynamy się nudzić i większość zajęć to strata czasu, nawet u naszej Zosi. Wprawdzie podskakiwałam nerwowo na krzesełku przy bajce o czerwonym kapturku, no i dialogi mają fajne, ale żeby to nam jakoś poszerzało horyzonty, to niekoniecznie. Z. we wszystkim potrafi znaleźć dziesiąte dno, ale tym razem mnie to nie przekonuje. Za to esej Chandlera bardzo udany, w zabawny i interesujący sposób pastwi się nad złą literaturą.
Każdy z nas znajduje coś dla siebie i poprawia deficyty tu i ówdzie, generalnie jednak mamy poczucie niesmaku i zażenowania. Ten uniwersytet, choć starawy, znany, a w niektórych kręgach nawet szanowany, nie ma najlepszej marki i robi wszystko, żeby było jeszcze gorzej. Taki skansen z przybudówką z blachy falistej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
