poniedziałek, 7 kwietnia 2014
riserczerka Kalicińska
Jakiś czas temu słyszałam rozmowę z ową Kalicińską, dawniej nauczycielką biologii, a obecnie pisarką (a jeszcze w 1950 Chandler pisał, że zła beletrystyka nie jest wydawana, w przeciwieństwie do podłych kryminałów). Mówiąc o swojej karierze zawodowej przyznała, że była riserczerką oraz kopirajterką - tak, obecnie ta kobieta zajmuje się literaturą, operuje językiem, polskim, ojczystym. Gdy zaczęła opowiadać o kołczach i że 'myśli sobie' (chwała bogu, że tylko sobie), to pomyślałam, że mniejszą krzywdę zrobiłaby ludzkości, gdyby jednak poprzestała na omawianiu życia społecznego w koloniach mrówek.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Z drogi
I oto nastał ten dzień, gdy rozpoczęłam karierę modelki i zrobiono mi portret. Z żywym policjantem przy 74 km wymieniliśmy się fragmentami życiorysu i dostałam stówkę, a z maszyną o czym by tu? Kasa to jeszcze pół biedy, na mleko i suchy chleb zawsze wystarczy, ale punkty mi się gwałtownie kończą, a nie wiem, czy zdałabym ponownie egzamin.
LTM to największa swołocz na drodze, od zawsze, już nawet w lokalnych mediach o tym piszą. Musi był jakiś agresywny, a płodny właściciel w majątku. Dawniej to szło towarzystwo do powstania i mogło rozładować energię. Teraz nawet ziemniaki maszyna wykopuje, że o żniwach nie wspomnę, to i chłopaki szukają innych wrażeń. Jak widzę takiego idiotę to nie mam nic przeciwko, żeby wylądował w rowie. Dla ukojenia nerw.
W szkole zgodnie uznaliśmy, że zaczynamy się nudzić i większość zajęć to strata czasu, nawet u naszej Zosi. Wprawdzie podskakiwałam nerwowo na krzesełku przy bajce o czerwonym kapturku, no i dialogi mają fajne, ale żeby to nam jakoś poszerzało horyzonty, to niekoniecznie. Z. we wszystkim potrafi znaleźć dziesiąte dno, ale tym razem mnie to nie przekonuje. Za to esej Chandlera bardzo udany, w zabawny i interesujący sposób pastwi się nad złą literaturą.
Każdy z nas znajduje coś dla siebie i poprawia deficyty tu i ówdzie, generalnie jednak mamy poczucie niesmaku i zażenowania. Ten uniwersytet, choć starawy, znany, a w niektórych kręgach nawet szanowany, nie ma najlepszej marki i robi wszystko, żeby było jeszcze gorzej. Taki skansen z przybudówką z blachy falistej.
LTM to największa swołocz na drodze, od zawsze, już nawet w lokalnych mediach o tym piszą. Musi był jakiś agresywny, a płodny właściciel w majątku. Dawniej to szło towarzystwo do powstania i mogło rozładować energię. Teraz nawet ziemniaki maszyna wykopuje, że o żniwach nie wspomnę, to i chłopaki szukają innych wrażeń. Jak widzę takiego idiotę to nie mam nic przeciwko, żeby wylądował w rowie. Dla ukojenia nerw.
W szkole zgodnie uznaliśmy, że zaczynamy się nudzić i większość zajęć to strata czasu, nawet u naszej Zosi. Wprawdzie podskakiwałam nerwowo na krzesełku przy bajce o czerwonym kapturku, no i dialogi mają fajne, ale żeby to nam jakoś poszerzało horyzonty, to niekoniecznie. Z. we wszystkim potrafi znaleźć dziesiąte dno, ale tym razem mnie to nie przekonuje. Za to esej Chandlera bardzo udany, w zabawny i interesujący sposób pastwi się nad złą literaturą.
Każdy z nas znajduje coś dla siebie i poprawia deficyty tu i ówdzie, generalnie jednak mamy poczucie niesmaku i zażenowania. Ten uniwersytet, choć starawy, znany, a w niektórych kręgach nawet szanowany, nie ma najlepszej marki i robi wszystko, żeby było jeszcze gorzej. Taki skansen z przybudówką z blachy falistej.
środa, 26 marca 2014
Cocktail für eine Leiche
zamiast po prostu Rope. Niemcy też są nieźli w tłumaczeniach tytułów, prawie jak nasi fachowcy. Dobrze, że znalazłam przynajmniej po ichniemu, bo film z 1948 roku i dotąd trafiały mi się tylko fragmenty. Na wszystko nakładają dubbing, ale za to bardzo dokładnie wtedy wymawiają, więc przynajmniej ta zaleta. Strangers... po polsku za grosze, wydanie z 1978 i już na 10 stronie okazało się, że kolejna ma numer 23. Wszystkie cztery dziury załatałam tekstem oryginalnym ściągniętym z internetu.
Nie wyobrażam sobie napisania tej pracy bez internetu. Wprawdzie jako absolwentka mam pełny dostęp do biblioteki uniwersyteckiej, ale żeby zacząć korzystać, muszę sobie najpierw wyrobić kartę absolwenta. Nie w bibliotece, nie, gdzieś na S..ego.
- Czy wie pani w jakich godzinach tam pracują?
- Od poniedziałku do piątku, do piętnastej.
Genialnie pomyślane.
Mam oczywiście także bibliotekę aktualnego uniwersytetu, ale zbyt dobrze ją jeszcze pamiętam z poprzednich studiów i wciąż mam drgawki. Umberto Eco detalicznie ją opisał w jednym z felietonów w Zapiskach na pudełku od zapałek, łącznie z plamą na krawacie bibliotekarza. Toczka w toczkę, jakby tam był i korzystał. Książka zrobiła furorę w akademiku, do tego stopnia, że już nie wróciła, a sam felieton służył jako memento, żeby broń boże tam nie iść. Po latach nic się nie zmieniło, Miss M. też nie poleca i kieruje do konkurencji, czyli muszę jednak tę kartę absolwenta.
Usechł mi kaktus, to jeśli chodzi o mój czas wolny w tym roku. Zarząd z ulgą przyjął moje błaganie o ograniczenie obowiązków i się ochoczo przychylił. Nie zyskam na tym wiele czasu, ale spokojność myśli i owszem. A zdawało mi się, że mam tyle wolnego czasu, no to go sobie zagospodarowałam, bardzo dokładnie. Ciekawe, czy da się w niego wstawić kliny z szerokiej gumy po bokach, jak do za ciasnych spodni.
Nie wyobrażam sobie napisania tej pracy bez internetu. Wprawdzie jako absolwentka mam pełny dostęp do biblioteki uniwersyteckiej, ale żeby zacząć korzystać, muszę sobie najpierw wyrobić kartę absolwenta. Nie w bibliotece, nie, gdzieś na S..ego.
- Czy wie pani w jakich godzinach tam pracują?
- Od poniedziałku do piątku, do piętnastej.
Genialnie pomyślane.
Mam oczywiście także bibliotekę aktualnego uniwersytetu, ale zbyt dobrze ją jeszcze pamiętam z poprzednich studiów i wciąż mam drgawki. Umberto Eco detalicznie ją opisał w jednym z felietonów w Zapiskach na pudełku od zapałek, łącznie z plamą na krawacie bibliotekarza. Toczka w toczkę, jakby tam był i korzystał. Książka zrobiła furorę w akademiku, do tego stopnia, że już nie wróciła, a sam felieton służył jako memento, żeby broń boże tam nie iść. Po latach nic się nie zmieniło, Miss M. też nie poleca i kieruje do konkurencji, czyli muszę jednak tę kartę absolwenta.
Usechł mi kaktus, to jeśli chodzi o mój czas wolny w tym roku. Zarząd z ulgą przyjął moje błaganie o ograniczenie obowiązków i się ochoczo przychylił. Nie zyskam na tym wiele czasu, ale spokojność myśli i owszem. A zdawało mi się, że mam tyle wolnego czasu, no to go sobie zagospodarowałam, bardzo dokładnie. Ciekawe, czy da się w niego wstawić kliny z szerokiej gumy po bokach, jak do za ciasnych spodni.
wtorek, 18 marca 2014
polityka POLITYKI
Politykę czytało się u nas w domu od zawsze, nawiasem mówiąc, ta czarno-biała bardziej mi odpowiadała, bo światło się nie odbijało od glansowanego papieru. Ale prawda czasu prawda ekranu i w końcu się wszyscy przyzwyczaili do blasku stron. W noworocznym prezencie zamówiłam rodzicom roczną prenumeratę tygodnika przekonana, że sprawię im tym radość, bo nie będą musieli co tygodnia o tym pamiętać, gazeta sama przyjdzie do domu za pomocą Poczty Polskiej, a i pieniądz zostanie w kieszeni. Ale się przeliczyłam, bo owszem, wszystkie numery doszły, ale, bagatela, z co najmniej tygodniowym poślizgiem. W rezultacie było tak, że w kioskach leżały już świeżutkie wydania, a rodzice nie mieli jeszcze poprzedniego. Mama przyjmowała ten stan rzeczy ze stoickim spokojem, ale ojciec był bliski furii, a zwłaszcza w pobliżu kioskowych witryn.
Powszechnie wiadomo, że sprzedaż czasopism spada na pysk, więc było dla mnie jasne, że o takich, którzy płacą za cały rok z góry, wydawnictwo zadba, nie żeby zaraz śmigłowcem prosto z drukarni, ale przynajmniej równocześnie z kioskami. Żadne takie!
Dzwonię, odbiera miły pan, a ja wyłuszczam sprawę grzecznie i spokojnie. Ani nie byłam awanturniczo usposobiona, ani nastawiona na jakieś szaleńcze zmiany, ale skoro gruba książka, zapakowana w grubą kopertę bąbelkową potrafi dotrzeć z jednego krańca Polski na drugi w dwa, czasami trzy dni, właśnie dzięki poczcie i to w zwykłym liście, to dlaczego gazeta na pokonanie trasy o połowę krótszej potrzebuje ponad tygodnia? Robi tournee po wszystkich województwach?
-A to już zmieniam dostawcę na Pocztę Polską. - mówi pan.
Jakie zmieniam?! Przecież na ich stronie stoi, jak byk, że właśnie Poczta Polska dostarcza prosto na wycieraczkę! O naiwny kliencie, nieprawdą jest jakoby. Otóż w rzeczywistości nowym klientom dostarcza InPost! Jak dostarcza, opisałam powyżej i tej firmy już nawet patykiem nie tknę, ale że Polityka tak oszukuje to nie mieści mi się w głowie. Oszczędzają na opłatach pocztowych, a kiedy przesyłka dotrze, to już mają w dupie. Oficjalnie twierdzą, że towar przywozi narodowy dostawca, a korzystają z jakiejś tańszej i niewiarygodnej firemki.
Na razie uzyskałam zmianę dostawcy i trzy kolejne numery wysłane priorytetem, pan zaproponował to sam z siebie, bez jakiejkolwiek mojej sugestii, co tylko oznacza, że wydawnictwo ma świadomość dokonywanego oszustwa. Nie mogłam żądać niczego więcej, bo mi po prostu mowę odebrało, ale już odzyskałam głos i nie było to moje ostatnie słowo.
Powszechnie wiadomo, że sprzedaż czasopism spada na pysk, więc było dla mnie jasne, że o takich, którzy płacą za cały rok z góry, wydawnictwo zadba, nie żeby zaraz śmigłowcem prosto z drukarni, ale przynajmniej równocześnie z kioskami. Żadne takie!
Dzwonię, odbiera miły pan, a ja wyłuszczam sprawę grzecznie i spokojnie. Ani nie byłam awanturniczo usposobiona, ani nastawiona na jakieś szaleńcze zmiany, ale skoro gruba książka, zapakowana w grubą kopertę bąbelkową potrafi dotrzeć z jednego krańca Polski na drugi w dwa, czasami trzy dni, właśnie dzięki poczcie i to w zwykłym liście, to dlaczego gazeta na pokonanie trasy o połowę krótszej potrzebuje ponad tygodnia? Robi tournee po wszystkich województwach?
-A to już zmieniam dostawcę na Pocztę Polską. - mówi pan.
Jakie zmieniam?! Przecież na ich stronie stoi, jak byk, że właśnie Poczta Polska dostarcza prosto na wycieraczkę! O naiwny kliencie, nieprawdą jest jakoby. Otóż w rzeczywistości nowym klientom dostarcza InPost! Jak dostarcza, opisałam powyżej i tej firmy już nawet patykiem nie tknę, ale że Polityka tak oszukuje to nie mieści mi się w głowie. Oszczędzają na opłatach pocztowych, a kiedy przesyłka dotrze, to już mają w dupie. Oficjalnie twierdzą, że towar przywozi narodowy dostawca, a korzystają z jakiejś tańszej i niewiarygodnej firemki.
Na razie uzyskałam zmianę dostawcy i trzy kolejne numery wysłane priorytetem, pan zaproponował to sam z siebie, bez jakiejkolwiek mojej sugestii, co tylko oznacza, że wydawnictwo ma świadomość dokonywanego oszustwa. Nie mogłam żądać niczego więcej, bo mi po prostu mowę odebrało, ale już odzyskałam głos i nie było to moje ostatnie słowo.
niedziela, 9 marca 2014
obciąć rączki i nóżki
Mieliśmy napisać. Niedużo, kawałek tylko. Ilość w ogóle niewartą wspominania. Tylko, że żeby napisać choć jedno zdanie trzeba już mieć przeczytany niemały stosik i wyoglądane godziny. Mój pierwszy stosik i godziny już za mną, więc napisałam, częściowo w robocie, bo w wolnej chwili przyszła wena. Cyzelowałam każdą sylabę, wertowałam słowniki w poszukiwaniu kolejnych synonimów, przyglądałam się każdej kropce i przecinkowi, robiłam poprawki na gotowym wydruku, by w końcu, pełna niesmaku związanego z podłą jakością, zjawić się na miejscu akcji z efektem moich wielodniowych mąk twórczych.
Normalnie to mistrz bierze, czyta i komentuje, ale Miss M. jest nieszablonowa i powinniśmy się już przyzwyczaić, więc nie wzięła i nie czytała, tylko rozpętała dyskusję o napotkanych trudnościach, o zmaganiach z pustą kartką, o terrorze pierwszego zdania i konieczności zapisywania każdej myśli, bo każda w jakimś momencie się przydaje, a przede wszystkim o znalezieniu przyjemności w pisaniu. To ostatnie jest akurat łatwe bo pracując z nią trudno nie czerpać z tego przyjemności. Lubimy ją za życzliwość, akceptację, łapczywą ciekawość z jaką wysłuchuje każdego pomysłu, za te tony książek, za branie pod uwagę, za bezkresną wiedzę, przenikliwość analizy, za sposób myślenia. Pociąga mnie jej mózg i gdyby była facetem już bym się w niej kochała.
Było też o koniecznych amputacjach, ale udałam, że tego nie słyszę, no bo jak to? Wyrzucić jakieś wychuchane zdanie? Myśl spisaną pośpiesznie na odwrocie paragonu gdzieś pomiędzy myciem głowy, a pastowaniem butów? Cytat wyłowiony spod barytonu lektora? Żame! Każdą wymyśloną literę gdzieś wsadzę, a nie porzucę na zmarnowanie.
Normalnie to mistrz bierze, czyta i komentuje, ale Miss M. jest nieszablonowa i powinniśmy się już przyzwyczaić, więc nie wzięła i nie czytała, tylko rozpętała dyskusję o napotkanych trudnościach, o zmaganiach z pustą kartką, o terrorze pierwszego zdania i konieczności zapisywania każdej myśli, bo każda w jakimś momencie się przydaje, a przede wszystkim o znalezieniu przyjemności w pisaniu. To ostatnie jest akurat łatwe bo pracując z nią trudno nie czerpać z tego przyjemności. Lubimy ją za życzliwość, akceptację, łapczywą ciekawość z jaką wysłuchuje każdego pomysłu, za te tony książek, za branie pod uwagę, za bezkresną wiedzę, przenikliwość analizy, za sposób myślenia. Pociąga mnie jej mózg i gdyby była facetem już bym się w niej kochała.
Było też o koniecznych amputacjach, ale udałam, że tego nie słyszę, no bo jak to? Wyrzucić jakieś wychuchane zdanie? Myśl spisaną pośpiesznie na odwrocie paragonu gdzieś pomiędzy myciem głowy, a pastowaniem butów? Cytat wyłowiony spod barytonu lektora? Żame! Każdą wymyśloną literę gdzieś wsadzę, a nie porzucę na zmarnowanie.
wtorek, 4 marca 2014
I hope the Russians love their children too.
Słucham. Słucham, żeby już nie oglądać wiadomości, nie myśleć i nie bać się.
Właśnie mijają dwa tygodnie, od kiedy dostałam zieloną kwitancję z nakazem siedzenia w domu i nierozprzestrzeniania zarazy, miałam więc wieści z pierwszej ręki. I emocje też natychmiast: przerażenie, gdy ginęli ludzie i ulgę, gdy następnego dnia Ukraińcy zaczęli się wreszcie dogadywać. Ale dopiero wczoraj naprawdę się wystraszyłam i zaczęłam myśleć o przebukowywaniu biletów rodziców na już.
Dziś to wygląda już trochę inaczej. W CNN bardziej sprawozdają z natury, u nas więcej mądrych ekspertów, w niemieckich trafiłam na popołudniowe seriale i dalej nie czekałam, w rosyjskiej złapałam końcówkę wieczornych wiadomości: mówili o planach ograniczania zanieczyszczenia powietrza w Moskwie i międzynarodowych zawodach w strzelaniu.
Dlatego słucham, ruszam nóżką, śpiewam i zazdroszczę tym z pierwszego rzędu. I tylko jakoś tak w dwudziestej piątej minucie zacisnęło mi się gardło, bo to znowu takie strasznie aktualne.
Właśnie mijają dwa tygodnie, od kiedy dostałam zieloną kwitancję z nakazem siedzenia w domu i nierozprzestrzeniania zarazy, miałam więc wieści z pierwszej ręki. I emocje też natychmiast: przerażenie, gdy ginęli ludzie i ulgę, gdy następnego dnia Ukraińcy zaczęli się wreszcie dogadywać. Ale dopiero wczoraj naprawdę się wystraszyłam i zaczęłam myśleć o przebukowywaniu biletów rodziców na już.
Dziś to wygląda już trochę inaczej. W CNN bardziej sprawozdają z natury, u nas więcej mądrych ekspertów, w niemieckich trafiłam na popołudniowe seriale i dalej nie czekałam, w rosyjskiej złapałam końcówkę wieczornych wiadomości: mówili o planach ograniczania zanieczyszczenia powietrza w Moskwie i międzynarodowych zawodach w strzelaniu.
Dlatego słucham, ruszam nóżką, śpiewam i zazdroszczę tym z pierwszego rzędu. I tylko jakoś tak w dwudziestej piątej minucie zacisnęło mi się gardło, bo to znowu takie strasznie aktualne.
niedziela, 2 marca 2014
coś jest
Ostatni czas to zdecydowanie okres odkrywania niezbadanych dotąd lądów. No ale przecież jest wiosna i trzeba w sobie pielęgnować jakieś zauroczenie, jakie by się nie trafiło. W końcu nigdy nie wiadomo co nadejdzie, emocje to szaleńczo tajemnicze sprawy. Matterhorn i Ostatnia miłość pana Morgana pokazują szeroki wybór i cieszę się, że obejrzałam oba filmy w krótkim czasie. Oba, oprócz historii niosą jeszcze spokój.
sobota, 1 marca 2014
miałam pisać
Cały dzień snułam się po domu robiąc różne rzeczy i porządkując myśli. Pisanie to głównie myślenie, sama fizyczna czynność zapisywania mało ma już wspólnego z tworzeniem tekstu, jest to właściwie odtwarzanie tego, co przez jakiś czas gromadzi się w głowie. W czasie sprzątania, oglądania wiadomości, wieszania prania, w wannie, gdy woda znienacka chłodzi zamiast grzać. Zbierałam od tygodnia i gdy w końcu usiadłam przy komputerze zza okna dobiegła pieśń. Zawadiacka, bezczelna i głośna, a jednocześnie uwodzicielska i dająca gwarancję, że z nim będzie bezpiecznie i wesoło. Gdybym była pierzastą samiczką to chciałabym mieć jajka właśnie z nim. Potem upadł pierwszy wiosenny deszcz, nagły, krótki, spokojny i gęsty.
To nie są warunki do pisania o mrocznych sprawkach ludzi. Jeśli się jest poetą, to można najwyżej napisać wiersz. Raczej zabawny.
To nie są warunki do pisania o mrocznych sprawkach ludzi. Jeśli się jest poetą, to można najwyżej napisać wiersz. Raczej zabawny.
środa, 26 lutego 2014
W gruncie rzeczy jest chyba dobrze.
Młody dostał ochrzan, ale nie wiem, czy trafiło do właściwych obszarów mózgu, bo trutka sączona przez lata zrobiła mu tam gnój i w każdej rozmowie dochodzi się do ściany. Jest kompletnie nieelastyczny, mam wrażenie. Chyba szkoda prądu.
W szkole mam plan i to mnie dość dziwi, bo po raz pierwszy w życiu zaplanowałam jakąś pracę od a do zet. Jest to dla mnie zupełnie nowa rzecz, że od początku istnieje szkielet, wokół którego mogę budować. Do tej pory planowałam tylko hulanki, podróże i zwiedzanie, cała reszta zaś odbywała się mimochodem. Aż sama jestem ciekawa, czy to się tak da i czy doprowadzę to do końca w nienaruszonej z grubsza formie. Minęło dopiero kilka miesięcy zajęć, a coraz częściej łapiemy się na tym, jak bardzo zmieniła się nasza percepcja wszystkiego, co czytamy i oglądamy, a jest tego bardzo dużo. Miss M. wywiera niezwykły wpływ, cieszę się, że do niej trafiłam.
Większa wiadomo, idealnie wpasowana w okoliczności, okrzepła i sunie do przodu. Mniejsza tworzy z coraz większym rozmachem i już powoli wszyscy się gubią w rachunkach. Nieustannie trwa produkcja kosmetyków na bazie produktów podciągniętych z kosmetyczki matki, a żeby bomby kąpielowe były absolutnie kształtne, została zakupiona nawet specjalna foremka. Papier czerpany, miska, lip balm container i coś, co powstawało wczoraj, to ostatnie produkcje, ale wciąż się waha czy w przyszłości robić karierę jako inventor czy może actress.
W hucie ok. 20% załogi złożonej zarazą i wszyscy mnie wytykają palcami, bo ja padłam pierwsza, czyli, że przywlokłam na zakład i zaraziłam, ale też i z podziwem trochę patrzą, że przetrwałam i jako ten Feniks z łoża boleści.
Jutro tłusty czwartek, już się cieszę i pożrę ile się da, nigdy potem pączki tak nie smakują. Będę jeszcze grubsza i zadowolona.
Młody dostał ochrzan, ale nie wiem, czy trafiło do właściwych obszarów mózgu, bo trutka sączona przez lata zrobiła mu tam gnój i w każdej rozmowie dochodzi się do ściany. Jest kompletnie nieelastyczny, mam wrażenie. Chyba szkoda prądu.
W szkole mam plan i to mnie dość dziwi, bo po raz pierwszy w życiu zaplanowałam jakąś pracę od a do zet. Jest to dla mnie zupełnie nowa rzecz, że od początku istnieje szkielet, wokół którego mogę budować. Do tej pory planowałam tylko hulanki, podróże i zwiedzanie, cała reszta zaś odbywała się mimochodem. Aż sama jestem ciekawa, czy to się tak da i czy doprowadzę to do końca w nienaruszonej z grubsza formie. Minęło dopiero kilka miesięcy zajęć, a coraz częściej łapiemy się na tym, jak bardzo zmieniła się nasza percepcja wszystkiego, co czytamy i oglądamy, a jest tego bardzo dużo. Miss M. wywiera niezwykły wpływ, cieszę się, że do niej trafiłam.
Większa wiadomo, idealnie wpasowana w okoliczności, okrzepła i sunie do przodu. Mniejsza tworzy z coraz większym rozmachem i już powoli wszyscy się gubią w rachunkach. Nieustannie trwa produkcja kosmetyków na bazie produktów podciągniętych z kosmetyczki matki, a żeby bomby kąpielowe były absolutnie kształtne, została zakupiona nawet specjalna foremka. Papier czerpany, miska, lip balm container i coś, co powstawało wczoraj, to ostatnie produkcje, ale wciąż się waha czy w przyszłości robić karierę jako inventor czy może actress.
W hucie ok. 20% załogi złożonej zarazą i wszyscy mnie wytykają palcami, bo ja padłam pierwsza, czyli, że przywlokłam na zakład i zaraziłam, ale też i z podziwem trochę patrzą, że przetrwałam i jako ten Feniks z łoża boleści.
Jutro tłusty czwartek, już się cieszę i pożrę ile się da, nigdy potem pączki tak nie smakują. Będę jeszcze grubsza i zadowolona.
sobota, 8 lutego 2014
ósma rano
Ci, którym małe dzieci nie urządzają zawodów z kogutem o to, kto wstanie szybciej i narobi hałasu, powinni w soboty mieć prawo do zanucenia "Obudziłam się później niż zwykle...". Niestety, organizmy wytrenowane całotygodniowymi pobudkami o brzasku nie chcą się tak przestawiać z dnia na dzień. W efekcie już o ósmej rano miałam w komputerze gotowy dokument zapisany czcionką Calibri (potem zmienię na TNR). Dokument ma też tytuł, który mam nadzieję, nie ulegnie już poważniejszym zmianom.
Ostatnio miałam coraz więcej wątpliwości i im dłużej usiłowałam wstawić zebrany materiał w jakieś ramy, tym bardziej całość wydawała się mglista. Wczoraj, jak Ania, byłam już w otchłani rozpaczy, gdy w czasie czytania znów mnie olśniło, tak samo, jak poprzednio i wszystko samo powpadało we właściwe szufladki. Jak to dobrze, że amerykańscy wykładowcy literatury mają w zwyczaju pisanie blogów, tylko czerpać. Od razu też inaczej spojrzałam na M. H. Clark, już miałam rzucać tego jej harlekina w cholerę, ale po spojrzeniu z nowej perspektywy może się okazać przydatny. W końcu to ma być Popular Literature, a taka literatura, jakie społeczeństwo, co jest do udowodnienia.
Szkoda tylko, że kilogramy przybywają mi wprost proporcjonalnie do ilości zebranego materiału i odwrotnie proporcjonalnie do traconych dioptrii. Taki koszt.
Ostatnio miałam coraz więcej wątpliwości i im dłużej usiłowałam wstawić zebrany materiał w jakieś ramy, tym bardziej całość wydawała się mglista. Wczoraj, jak Ania, byłam już w otchłani rozpaczy, gdy w czasie czytania znów mnie olśniło, tak samo, jak poprzednio i wszystko samo powpadało we właściwe szufladki. Jak to dobrze, że amerykańscy wykładowcy literatury mają w zwyczaju pisanie blogów, tylko czerpać. Od razu też inaczej spojrzałam na M. H. Clark, już miałam rzucać tego jej harlekina w cholerę, ale po spojrzeniu z nowej perspektywy może się okazać przydatny. W końcu to ma być Popular Literature, a taka literatura, jakie społeczeństwo, co jest do udowodnienia.
Szkoda tylko, że kilogramy przybywają mi wprost proporcjonalnie do ilości zebranego materiału i odwrotnie proporcjonalnie do traconych dioptrii. Taki koszt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)