środa, 20 sierpnia 2014

dieta, p.s.

Będąc (nieortodoksyjnie) na wszystkich czterech dietach, ze dwa dni temu obejrzałam sobie cudną Meryl Streep w 'Julie i Julia' - filmie o Julie Child, której pierwsza książka kucharska liczy ponad 700 stron, a rozdział poświęcony zupom zaczyna się tak: "There is hardly a man alive who does not adore soup" :)
Maestrię Streep doceniam w pełni dopiero po obejrzeniu kilku filmów z panią Child w tubie. Gesty, postawa, a przede wszystkim sposób mówienia, genialne.
Julie Child jest ponoć wielbiona przez Amerykanów, bo była zwyczajna i miała duże poczucie humoru. Ponoć pytana o ulubione wino odpowiadała "Gin", ale mój ulubiony cytat dotyczy właśnie diety : “The only time to eat diet food is while you’re waiting for the steak to cook”
A oto jej wyraz miłości do masła. 

piątek, 15 sierpnia 2014

dieta

W końcu poszłam do doktora, bo już mnie to bolenie męczyło, ale wcześniej się zdiagnozowałam  za pomocą komputera. Nie liczyłam na to, że ktokolwiek może mieć taką dziwaczną przypadłość, ale zaraz się okazało, że ma to pół internetu, co mnie znacznie uspokoiło, bo była szansa, że każdy lekarz to rozpozna i będę uleczoną. Co też się stało, ale pani doktór powiedziała, żebym się na razie odczepiła od roweru, mogę se najwyżej pojechać na zakupy i wrócić. Więcej nie pytałam, bo lekarze i bez tego mają pacjentów za idiotów. Miła pani magister zapytała konfidencjonalnie, czy upieram się przy tym akurat leku, czy może zechcę zamiennik o ponad połowę tańszy. Zechciałam, bo uważam, że oszczędzane jest etyczne, zwłaszcza, gdy wizja nowej chałupy staje się przez to bardziej realna.
Rower i inne ćwiczenia cielesne mają na celu pozbycie się zbędnego balastu, bo po zimowo - wiosennej wyczerpującej pracy wykonywanej głównie w pozycji mocno stabilnej, zrobiło się mnie więcej, co było już jednak przesadą, choć jeszcze nie wszystkie ubrania odmawiały współpracy. Postanowiłam z tym skończyć i przejść na dietę, a że czasami lubię rozmach to jestem na czterech, bo się ładnie komponują.
Pierwsza jest dietą lodową, o której już wspominałam. Lata temu okazało się, że moja bratowa też ją zna, odtąd stosujemy ją obie, dzielnie się wzajemnie wspierając. Szczególnie intensywnie zaczęłyśmy ją stosować w okolicach lodziarni pana Gałkiewicza (to nieco ulepszona wersja jego nazwiska, ale tylko o jedną literę, tak, żeby mu do lodów pasowało), który lody robi nad wyraz dobre. Lód bowiem wymaga od organizmu więcej energii na doprowadzenie go do stanu 36,6, niż jej dostarcza, a organizm zmuszony do takiego wydatkowania energii chudnie - proste i przyjemne.
Druga to dieta snem, bo organizm lubi spać, wtedy się rozprostowuje i chudnie. Jak i poprzednia, ta też jest naukowo udokumentowana, więc można stosować bez zbędnych obaw. Ja w lecie miewam kłopoty ze snem, bo jestem zrobiona do zimnego klimatu i słabo znoszę upały, ale akurat się ochłodziło, więc korzystam ile się da.
Dieta dwóch posiłków została odkryta przypadkiem w czasie eksperymentów z lekami dla cukrzyków. Okazało się otóż, że grupa, która dostawała tylko dwa posiłki dziennie zaczęła nieoczekiwanie chudnąć w odróżnieniu od tej, która jadła po bożemu, czyli pięć razy. Mnie się jedzenie takiej zawrotnej ilości posiłków zawsze wydawało podejrzane, bo który Jakut czy Ewenek ma ochotę na tak częste zdejmowanie rękawic, a do nich mi zdecydowanie bliżej, niż do mieszkańców Mozambiku.
No i ostatnia, najnowsza, która się na mnie rzuciła któregoś razu, nakazując jeść tylko w ciągu 8 godzin w czasie doby, a w pozostałe nie. Już na pierwszy rzut oka widać, że się idealnie łączy z dwoma posiłkami, więc stosuję z entuzjazmem.

Waga powiedziała, że owszem, zimowy nadmiar poszedł precz, ale potem się zacięła i zdaje się nie zauważać wysiłków, ale może się po prostu zepsuła czy coś.

środa, 6 sierpnia 2014

"Połóż się na kocu, bądź ręczniku"

Pan od ćwiczeń fizycznych wydaje polecenia niezmordowanie przez niemal godzinę, moją ulubioną jest "Teraz zrobimy kilka pompek", kiedyś policzyłam, to 'kilka' oznacza ok.50. Zabawnych wstawek jest cała masa, co wpływa na motywację zawodnika, czyli mnie, bo znowu zaczęłam. Od ponad tygodnia budzę się z koszmarnym bólem mięśni wzdłuż kręgosłupa. Kładę się zdrowa, a budzę połamana. Mam nadzieję, że to tylko wina rozlicznych niewygodnych posłań w ostatnim czasie, w każdym razie wczorajsza sesja trochę pomogła i dzisiejszy poranek był dużo znośniejszy. Dodatkowe atuty w postaci mieszczenia się w coraz to nowe ciuchy są nie do przecenienia.

A to zdrajczynie, które nagle wybuchły kwieciem pod moją nieobecność. Znaczy z cudzych rąk woda lepiej smakuje. Rok temu też mi tak zrobiły niewdzięcznice.

niedziela, 3 sierpnia 2014

po wakacjach

zostały mi liczne tubki pełne kremów z wysokim filtrem, dlatego smaruję się obecnie Sonnenmilch für Kids i pachnę jak zapiaszczone plastikowe łopatki i wiaderka porzucone przed chwilą na plaży. Nie narzekam, czuje się, jakbym dopiero co wstała z kocyka.

Hiszpanie, tak samo jak poprzednio i chyba wbrew stereotypom, okazali się raczej pełni rezerwy, ale generalnie im bardziej na północ, tym milsi. Poza większością kampingów nieczęsto udawało nam się porozumieć po angielsku, kilka razy przydał się niemiecki, ale najczęściej sytuację ratowały liczebniki i zwroty, których D. wyuczył się z jakichś rozmówek. Np.: ze 40 km na południe od Granady, piękna, szeroka piaszczysta plaża, zadbane trawniki, parkingi i palmy, a pani na kampingu ani słowa po angielsku. Namachaliśmy się rękami, narobiliśmy min, ale w końcu podniosła szlaban i pozwoliła wjechać. Jedyną osobą, z jaką udało nam się w tej miejscowości dogadać, była mówiąca po niemiecku pani ze spożywczego. Otóż okazało się, że tam akurat nie przyjeżdżają obcy (a my?!), tylko Hiszpanie, więc i nie ma potrzeby zawracania sobie głowy zbyteczną nauką. 
Osobną kategorią okazali się kelnerzy, których można podzielić na dwie grupy: fajni (tym zostawialiśmy fajne napiwki) i obrażone panie/panowie z gieesu (napiwek?). Większość stanowili ci pierwsi, którzy cierpliwie i z uśmiechem tłumaczyli detalicznie skład potraw (przy braku wspólnego języka używali rozmaitych materiałów poglądowych z próbkami dań włącznie). Ci drudzy, no cóż, może mieli gorsze dni.  Za to jedzenie było pyszne.

Niemcy z kolei pokazali mi swoje inne oblicze. Takie mniej akuratne. Wprawdzie znałam już Gabriellę, która kazała nam nielegalnie zwiedzać, gdy sama stała na czatach i Petrę, która wytrzymała dwa tygodnie w obcym domu, w którym akurat odbywał się remont i ani słowem się nie poskarżyła, ale to, co zobaczyłam tego lata, trochę odebrało mi mowę. Dwa razy byłam na OHP w DDR, a w Polsce ostatni raz mieszkałam na polu namiotowym z dziesięć lat temu. No to teraz było podobnie. Ale moje trzy ulubione zagraniczne koleżanki to właśnie Niemki.

Brytyjczykom zdecydowanie nie służy chów wsobny, ani też ichni system socjalny - takie można odnieść wrażenie w niektórych regionach kraju stojąc na ulicy w środku dnia i obserwując tych, którzy akurat nie są w pracy. Niezłym biznesem jest też bycie tatuażystą, bo społeczeństwo masowo korzysta wprawiając przypadkowych obserwatorów w konsternację. Owszem, rozdziawiałyśmy gęby, jak wsiowe dziecki w XIX wieku na widok parowozu, ale za to powstrzymywałyśmy się od pokazywania palcami. A takich, jak pan Adam, to wcześniej widywałam jedynie w telewizorze. 
W mediach istniejemy jako Europa wschodnia, zwłaszcza, gdy informacja ma negatywne konotacje. A często ma i nawet, gdy jest mowa o jakimś konkretnym człowieku, to zazwyczaj jest on imigrantem z Europy wschodniej, a nie Polakiem czy Litwinem. Ale to akurat temat rzeka na kilka prac naukowych.
 
Bo podróże kształcą.

środa, 16 lipca 2014

Hiszpańska fauna

Biedny koteczek to główny przedstawiciel fauny. Głodna sierotka, zamorzone biedactwo pojawia się zawsze, gdy naiwny mieszkaniec kempingu wyciąga wiktuały. Po tym, gdy już każdy kęs zostanie policzony tymi wielkimi oczami, nawet największy twardziel odejmie sobie od ust i nakarmi wątłe, chwiejące się na cienkich nóżkach zwierzątko. Bezpardonowe pakowanie się na kolana, łaszenie się do nóg, a w końcu głośne awantury zapewniają im gęste i lśniące futerka. Ten miał szczególnie dobrze wytrenowany proszalny wzrok i gdy przyłapaliśmy go podczas sjesty na środku gęsto uczęszczanej uliczki, jego zadowolony pysk wyraźnie świadczył, że tego dnia turyści byli wyjątkowo łatwi.

Plaża w Tarifie to kilometry piachu pomiędzy oceanem, a zaroślami parku narodowego. Po parku można chodzić tylko wyznaczonymi ścieżkami, czytać tablice informacyjne i ogólnie nie zakłócać. W oceanie można się kąpać bez ograniczeń (co uczyniliśmy) i podziwiać góry Afryki oddalone o rzut beretem. To jeśli chodzi o ludzi, bo przedstawiciele innych gatunków, udając analfabetyzm, depczą, wyrywają, łamią, a jak im się znudzi, to korzystając z posiadanych barw maskujących, uwalają się na chronionej florze, jak ten na obrazku.

Na skale Gibraltaru mieszkają najsmutniejsze małpy świata. Oficjalnie jest tam park narodowy, a faktycznie pomieszanie średniowiecznego jarmarku, dziewiętnastowiecznego ZOO i cyrku w najgorszym wydaniu. Całą trasę od podnóża na szczyt przeszliśmy na piechotę, a towarzyszyły nam tylko dwie chude Angielki. Cała reszta była dowożona busikami, tratującymi każdego napotkanego pieszego i wysypywana przez kierowców w miejscu stacjonowania małp, a potem zaczynał się szoł: kuszenie biszkopcikami i pozowanie do zdjęć.
G...o prawda, że małpy są agresywne, zaczynają takie być po wcześniejszym drażnieniu, machaniu kanapkami przed nosem, szeleszczeniu woreczkami foliowymi, a niezaczepiane mają ludzi w głębokim poważaniu.

Są jeszcze komary żrące bez litości, wróbelki nie czekające na spadające ze stołu okruszki, ale panoszące się na tym stole i pakujące do dziobów ile wlezie, by zanieść to wszystko wrzaskliwemu potomstwu oraz szwadrony zielonych papug przelatujących z wrzaskiem nad namiotami o świtaniu. Poza tym, to bardzo spokojny kraj.

wtorek, 15 lipca 2014

lipiec, Hiszpania, 8 °C

No nie zgrzaliśmy się jakoś specjalnie, a momentami zastanawialiśmy się nawet, czy to rzeczywiście ten kraj, do którego rzekomo przyjechaliśmy. Brakowało nam polarów i ciepłych gaci, bo krótkowzrocznie zabraliśmy jedynie hurtowe ilości kremów z filtrem, a w sklepach tylko japonki i torby plażowe, ale daliśmy radę i wyzwiedzaliśmy dokumentnie wszystko, co nam na drodze stanęło.
Hiszpania, jak to Hiszpania, wiadomo, zabytki i turyści (Rosjanie nie posłuchali bat'ki Putina i nie spędzają tego lata na Krymie, o czym przekonywaliśmy się każdego dnia i w każdym miejscu). Gibraltar bardziej brytyjski, niż wszystkie wyspy brytyjskie wzięte do kupy i pomnożone przez cztery, a ulica i tak gada po hiszpańsku. Prawdziwi, mieszkający tam Brytyjczycy ubolewają, o czym zapewnił nas jeden z nich, ale to tam spotkaliśmy najmilszych, najbardziej pomocnych i skorych do rozmów i żartów ludzi, zarówno wśród poddanych królowej, jak i króla.

Prawdziwa egzotyka to jednak nie miasta, ale różne dziury i campingi, zwłaszcza niemieckie, zwłaszcza nadreńskie, które na zawsze zburzyły moje wyobrażenia o kraju Angeli. Po półrocznym pobycie w Bawarii byłam przekonana, że nawet największy abnegat ma w szafie wyprasowaną koszulę i wyczyszczone do błysku buty, że ichni ład i porządek to fakt. Taki miałam spaczony pogląd, jakże błędnie! Generalnie było ... powiedzmy, że bardziej dziko, niż na naszych polach namiotowych sprzed lat. Na jednym, w kontenerze ablucyjnym,  na drzwiach toalety wisiał przybity, jak postulaty Lutra w Wittenberdze, elaborat o używaniu papieru toaletowego. W tym przybytku akurat nieobecnego, stąd odezwa do publiczności o szkodliwości stosowania innych materiałów, które zatykają i trzeba się przebijać, "a to nie jest przyjemne!" - donośnie brzmiało zakończenie. Całość po niemiecku, stąd się domyślam, że obcych tam raczej niewielu. Naszą sąsiadką była przygarbiona, na oko siedemdziesięcioletnia nowozelandzka staruszeczka podróżująca po Europie skuterem Vespa. Z namiotem. Taka fantazja.
Drugi niemiecki camping był dla jeszcze większych twardzieli, a bohaterką dnia okazała się poręcz przy schodkach do knajpy, która niemal wszystkim jej klientom ratowała zdrowie, a może i życie, gdy po spożyciu, z mozołem udawali się do swoich siedzib. Gdy zaraz po przybyciu zapytaliśmy o coś do jedzenia, wszyscy nagle zamilkli i z niebotycznym zdziwieniem wpatrywali się w nas przez dobrą chwilę, śmiechy urwały się w pół, a tlące się papierosy zawisły niebezpiecznie na rozchylonych wargach, po czym kręcąc z niedowierzaniem głowami, wrócili do picia, palenia i kart - to była scena, jak z amerykańskiego westernu, gdy jakiś obcy trafia przypadkiem do saloonu - barman nieśmiało wydukał, że nie, a gdy otwierał nam piwa, bałam się o jego bezpieczeństwo, że straci równowagę i będziemy go mieli na sumieniu, taki był zmęczony życiem. Przy stoliku obok przycupnęła para Szwajcarów, spłoszonych widokiem jeszcze bardziej, niż my.
Na pozostałych było już bardziej zwyczajnie, raz Norwedzy nas napoili niezłą brandy, innym razem my ratowaliśmy Niemki ładowarką i prądem, karmiliśmy koty i wróble, produkowali sangrię w garnku, a sałatkę w miednicy, jak to w podróży.

Francuskie wulkany. Mówi się, że nieczynne, ale kto to wie.

czwartek, 26 czerwca 2014

"Koń zepchnął samochód do rowu...

...kompletnie pijany woźnica trafił do szpitala." Przysyłając aparat, pan Lucjan zaopatrzył mnie również w lokalną prasę, którą pieczołowicie owinął był pudełko. Smaczne kąski, szkoda tylko, że znaczną część stanowiła rubryka sportowa. Aparat z drugiej ręki, dość nowy, o przyzwoitych parametrach i za śmieszne pieniądze, w sam raz na południowe wybrzeże, bo straszą, że dolatujący tam afrykański pył to śmierć dla obiektywów. A jechać muszę już, bo inaczej zabiję - jak nie w robocie, to jeszcze teraz, w domu dopadają mnie mailami, mimo, że za oknem deszcz i głucha noc.
*
Trochę dziwnie pakuje się cienkie podkoszulki, sandały i krótkie portki, gdy leje i najstosowniejszym ubraniem jest polar, a pierwszy nocleg gdzieś pod Karlsruhe - już samo brzmienie jest mało urlopowe.
*
Dobry owczy fryzjer potrafi ogolić taką w 30 sekund - to świeże wiadomości z wsiowego pokazu rolniczego, którego zwiedzanie było kolejną częścią obchodów urodzin Mniejszej. Już wyrosła z awantur o to, że to niesprawiedliwe, że Większa ma urodziny wcześniej i teraz celebruje z lubością, a Większa patrzy się na nią z taką samą pobłażliwością, jak kot Bonifacy na Filemona.

sobota, 21 czerwca 2014

Marcin, zdradziła Cie żona, to ciesz się, że Ciebie, a nie ojczyznę...

Powyższy cytat, przy którym uśmiałam się serdecznie, dotyczący plotek o nadmiernie elokwentnym spikerze radiowym oraz szansonistce dwojga imion doskonale określa mój stan ducha - nawet takie durnoty sobie przejrzałam. Od tygodnia jestem wolna, skończyła się szkoła i przez miesiąc nie będę nic czytać, oglądać, ani pisać o pokręconych umysłach. Ani słuchać wieści z chlewu, ostatnio wyjątkowo gównianych i nawet nie o treść mi chodzi, ale formę - murarze na pobliskiej budowie używają mniej plugawego języka. Ani przy śniadaniu słuchać płynących z radia reklam o żylakach odbytu i refluksie żołądkowym. Wyjeżdżam :)


Będę się smażyć w czterdziestostopniowych upałach i robić kiczowate fotki, jak ta pstryknięta ostatniego dnia gdzieś pod Salonikami, brodzić w chmurach na skale Gibraltaru, podziwiać mauretańskie budowle i porządne megality, a wieczorami smarować poparzoną skórę i żłopać miejscowe wino. Już prawie tam jestem, a moje myśli na pewno :)

czwartek, 12 czerwca 2014

Jest jakaś zależność między nadmierną pedantycznością a sztywnością i pewnym rodzajem ograniczenia umysłowego, ale jeżeli ktoś został wychowany przez ojca, którego ulubionym przymiotnikiem było słowo "schludny", to może potem tak ma. No nie wiem, ale wkurzyła mnie - wniosek na przyszłość: nie zadawać się niepotrzebnie. U mnie w domu nie używało się takiego słowa.

Mam się uczyć, ale jestem zwolniona z dwóch części z piątkami i mi motywacja spadła, bo nawet oblanie trzeciej w niczym mi nie zagrozi. Dodatkowo mam trudne warunki, bo a to wściekli kosiarze ujarzmiają trawniki, a to trzy podwórza dalej facet rżnie deski, aż wióry lecą, a to pieseczek drze ryja, a czasem wszyscy naraz i hałas jest nieziemski.

 Przewodniki położyłam na razie w niewidocznym miejscu, żeby nie pchały się w ręce, ale i tak myślami już jestem bardziej hen niż tu w papierzyskach. Dziewczyny się odezwały z rozmaitymi radami i jak dobrze pójdzie, to spotkamy się z pięknym motylem Antonią, która w czasie alarmu pożarowego zastanawiała się, czy woli spłonąć, czy jednak wyjść na zewnątrz bez makijażu, oraz pragmatyczną Aną. Od Morza Śródziemnego po Zatokę Biskajską, każdy by się jarał, zwłaszcza po takim roku jak ten.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

kto rano wstaje

Nie ja sobie nastawiłam budzik na 5 rano, ale już później nie usnęłam, obejrzałam sobie za to zamglony świt w żurawiach.


Potem nastąpił niezwykle owocny dzień, choć o jednym z owoców wolałabym nie pamiętać i mam nadzieję, że za jakiś czas zapomnę, co miałam na myśli pisząc to.
Przed dziesiątą byłam już po egzaminie, a ze ostatnio natrafiłam na interesujące informacje o Jamesie to dobrze mi poszło. Przed chwilą też dowiedziałam się o zwolnieniu z kolejnego w uznaniu zasług i tym oto sposobem zbieram piątki za dokonania, które przychodzą mi bez trudu. Kłopoty się zaczynają tam, gdzie potrzebny jest wysiłek, bo przede mną tydzień zakuwania na pamięć, a tego nienawidzę, lubię, gdy rzeczy mają ze sobą jakiś logiczny związek.

W ubiegłym tygodniu brałam też udział w obchodach rocznicy i nawet jakoś tak normalnie było, bez pychy i górnolotnych przemówień. Kombatanci tak od pięćdziesiątki w górę wspominali raczej bez patosu i jak jeden mąż cieszyli się z tego, co mamy, zwłaszcza w obliczu tego, co dzieje się na Ukrainie. Ja też się cieszę i doceniam.