czwartek, 26 września 2013

- A ja lubię deszcz ... ja też

Przez okno podczas ulewy w Exeter

obie dziś chodziłyśmy po deszczu, ja tu, ona w L. Przydały się decent walking shoes kupione zaraz pierwszego dnia po przyjeździe. Lało, jak wtedy, równe strugi deszczu ciągnące się z góry w dół i krople odbijające się z siłą od każdej powierzchni.

Zadzwoniłam do A. żeby się umówić na przyjazd. Chyba jest w dobrej formie, tak brzmiała. Chyba nawet jest zadowolona z tej perspektywy, tak brzmiała. Właściwie, to się nie dziwię, będę stanowiła jakąś rozrywkę, choć czasami wcale nie jestem taka pewna, czy jej życie, według niej, jest takie spokojne i jednostajne. Choroba wyostrza wszelkie doznania, małe zdarzenia urastają do historii, które warto innym opowiadać ze swadą i przejęciem.
Pamiętam, jak jej stała, nieruchoma obecność zaczęła mnie drażnić po jakimś czasie, ale z drugiej strony to właśnie dzięki niej zaczęłam się uczyć cierpliwości i wyrozumiałości, co teraz bardzo mi się przydaje. Zmieniłam się i czasem aż się dziwię, że to ja, ta spokojna, cierpliwa, wyrozumiała. Już od wielu lat nie wydaję się sobie skończonym cudem stworzenia, umysłem absolutnym, podążającym jedynie słusznymi ścieżkami i zawsze mającym rację. Moja arogancja i zarozumiałość z młodości przerażają i zawstydzają mnie teraz. Wiek daje mądrość i dystans i coraz bardziej mi się to podoba.

niedziela, 15 września 2013

creeping fear

Wczoraj przed wieczorem usłyszałam stłumione, przemieszczające się, odległe śpiewy. Gdy w końcu wyjrzałam przez okno, zobaczyłam wędrujący krzyż, za nim dwie postaci w czarnych zwiewnych szatach i ciągnącą się niedużą procesję śpiewającą nabożną pieśń. Wszędzie było cicho i spokojnie, jak to w sobotę na wsi i tylko ten pochód, dość szybki i składny z krzyżem na czele. Przeszedł mnie dreszcz, bo chociaż byli kolorowo ubrani to było w nich jakieś takie zacięcie, zdecydowanie, determinacja i brak spojrzenia na boki. Tylko my, tylko nasza siła, tylko nasz porządek.
Kilka dni temu ta sama siła zniweczyła moje plany. Nie moje osobiste, bo na to bym nie pozwoliła. Plany dotyczyły szerszej grupy, a realizacja miała nieść dobro i oświecenie. Siła znała moje plany, a jednak bez pardonu wpieprzyła się (tu nie ma lepszych, bardziej parlamentarnych słów) w nie ze swoją ideą i absolutnym przekonaniem o słuszności postępowania.
Mój plan odszedł w siną dal, no bo jak? Wystąpię przeciw jedynie słusznej idei? Głośno i bezwstydnie? Przecież zmówienie kolejnego paciorka jest ważniejsze niż wiedza. W takich sytuacjach opadają mi ręce i brakuje słów. Nie neguję potrzeby wiary, ale gdzie w opisanej sytuacji miejsce na miłość, sprawiedliwość, szacunek dla innych i wszystkie te górnolotne hasła? Kto mi wskaże moralność tego zachowania?
Kilka lat temu, gdy wracaliśmy z Ziem odzyskanych, mijaliśmy Świebodzin, miasto znane z betonowego słupa. Jednak, dopiero gdy go zobaczyliśmy, dotarł do nas ogrom zniszczenia. Zapanował nad całą okolicą. Szary, potężny, betonowy. Głoszący chwałę i moc.

Tam, hen, w oddali górujący nad całym światem

W sytuacji, gdy partia ciemnych mocy pręży muskuły, a pewien niewysoki mężczyzna wieszczy nowy ład (tu całość), to budzi się we mnie lęk przed betonowymi słupami, lekceważeniem i poniżaniem, dążeniem do celu po trupach. Ciągle dobrze pamiętam te dwa ciemne lata, gdy poranne wiadomości zaczynały się od informacji o kolejnych zatrzymaniach, podejrzeniach i aresztowaniach. Nie wiedzieć czemu przychodzą mi na myśl czasy dawno minione, których ja nie pamiętam, a w których żyli moi rodzice. Ciekawość dlaczego.

wtorek, 3 września 2013

boze, jak ja dobrze gotuję!


A miasto zakorkowane, bo mamunie wiozą swoje pociechy do rozlicznych placówek, a przecież trzeba niebożę pod same drzwi, nieprawdaż. To co, że mieszkamy na wsi i od domu do szkoły rzadko jest dalej niż 10 minut na piechotę, przecież trzeba furę przewietrzyć dwa razy dziennie, a te chodniki takie krzywe i szkoda obcasów. A potem te wszystkie Adriany, Andżele, Oskary i Oliwie mają kłopot ze znalezieniem się na ulicy. Konkluzja jest taka, że znów okazało się, że najszybszym środkiem lokomocji są zwykłe archaiczne nogi. Czasem rower, ale trzeba uważać.
Poza tem pada, zacina, a czasem kropi, ale rzadko, bo to lato jest przecież, no to jak? I gdzie te słoneczne wrześnie, te babie lata, te sukienki i opalone nogi? Na razie, to przyniosłam z piwnicy słoik soku malinowego, bo pogoda taka raczej herbaciana. Herbaciano-łóżkowo-książkowa taka. Słońce sobie wspominam na fotkach, bo nawet Atlantyk oglądałam w lepszej aurze.

Tintagel

piątek, 30 sierpnia 2013

baba na rowerze jest ok

- odpowiada ojciec z matecznika mafii, dorzuca tez entuzjastyczne wykrzykniki na temat wakacji. Brat przysłał zdjęcie mamy w basenie - znak, że woda osiągnęła temperaturę stołówkowej zupy, inaczej nie tknęłaby jej nawet najmniejszym palcem u nogi. Tak im zrobiliśmy z okazji okrągłej rocznicy ślubu.
A ja zostałam na gospodarstwie i o ile ich mieszkanie i działka nie byłyby kłopotem, to w komplecie dostałam sąsiadkę. TĘ sąsiadkę, tę z naprzeciwka i dopiero teraz zrozumiałam pojawiające się czasami zniecierpliwienie rodziców. Póki telefony były pojedyncze (a temat wciąż ten sam), to odbierałam. Wczoraj nie zdzierżyłam i wyłączyłam stacjonarny po trzecim razie w ciągu kilku godzin, zwyczajnie wyciągnęłam po chamsku kabelek, a w komórce mam ją podpisaną, to mogę zwyczajnie nie zdążyć odebrać, nieprawdaż. Mam nadzieję, że mi chociaż jakiś fajny prezent przywiozą za tę bohaterską postawę.

sobota, 17 sierpnia 2013

B. beware!

Większą wzięli do szkół!
Wyniki pojawiły się o brzasku, a gdy dziecię wygrzebało się z piernatów i sprawdziło, to zapadło w stupor z powodu jednej z ocen. Jednakowoż latoś poziom okazał się być mocno wywindowanym i już zaraz szkoła dzwoniła z zapytaniem, czy Większa byłaby jednak skłonna zaszczycić skromne progi placówki. Po łaskawym wyrażeniu zainteresowania, świeża studentka obdzwoniła całą rodzinę. Wzruszona mamusia wpadła w szloch, a dumny tatuś zadzwonił do dziadków, ale wnusia była szybsza i dziadkowie już prężyli dumnie piersi. Mniejsza natentychmiast rozpoczęła pertraktacje w sprawie pokoju oraz komputera, które przecież i tak zostaną porzucone, ale zapytana czy się cieszy,tylko smutno pokręciła głową. Większa to jednak opoka.
Dla Większej szkoła w B. był pierwszym wyborem, a nam miasto bardzo się spodobało, mimo dziesiątków odmian deszczu, jakie było nam dane doświadczyć w ciągu tych dwóch dni. A dla Większej mam już komplet szklanek do akademika, po nutelli, którą obie namiętnie żarły ;)

środa, 14 sierpnia 2013

domek na końcu miasta

Trudno uwierzyć, że już go nie ma. Spotkania z nim były najfajniejszym kawałkiem każdego tygodnia. I kto by pomyślał, co? ;) Był pyskaty, uparty i wkurzający i nie zliczę, ile razy gryzłam się w język i ile razy powstrzymywałam już prawie rozpędzoną rękę od trzepnięcia go w ucho. Prawie rok zajęło nam docieranie się, ale potem było świetnie. Wiecznie zrzędził, że daję mu za dużo roboty, a potem wykonywał z nawiązką, to była taka gra w 'Ja ci jeszcze pokażę!', o której żadne z nas nawet się nie zająknęło i udawało, że nawet nie myśli. Gnojek jeden, jak śmiał tak nagle, bez ostrzeżenia, przecież miałam tyle planów i nawet nie wiem, czy wykonał ostatnie zadanie, czy w ogóle się zabrał.
Chyba przy każdej śmierci pojawia się refleksja, że 'już nigdy ...', a mnie się ciągle kołacze po głowie: 'No jak to?!'
Pewnie tam ci lepiej mały, ciekawe, z kim się teraz kłócisz. :)

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

healthy food

- Jestem duża, bo łykam sterydy - mówi Sue nakładając sobie kolejną już repetę.
- Nie solę, gdy gotuję, bo każdy lubi inaczej, dlatego przyprawy są na stole. Zresztą mam nadciśnienie i nie powinnam - a mówiąc to hojnie potrząsa solniczką nad swoim talerzem :)

środa, 24 lipca 2013

W moich blogowych statystykach rekordy popularności bije czterolinijkowy, dość melancholijny opis początku jesieni. Łaj?
Zebrałam już wszystkie papiery, całą stertę papierów wymaganych przez szkołę. Leżą sobie spakowane w białej teczce, jak do pierwszej komunii, ale na razie ich nie wysyłam, bo poszłam sobie popatrzeć na opłaty, jakich żądają. Biorą haracz za wszystko, w tym także za tak podstawowe elementy składowe, jak indeks czy dyplom! A nie są to darmowe studia i czesne jest wysokie, jak cholera.
Drugi szlag mnie trafił, gdy sobie sprawdziłam szkolę, z którą minęłam się o włos przez własne zaniedbanie, lenistwo, głupotę, a pewnie wszystko razem. Mało, że bliżej i taniej, to jeszcze normalniej. Może będzie dodatkowy nabór? Może uda mi się przenieść po semestrze? Może ...
W tej mojej szkole to be już trwa dodatkowy nabór. Ja miałam niezłą średnią, ale swoich absolwentów przyjmowali, jak leci. Media mówią, że szkoły były oblężone niemożebnie, to tak mało mieli kandydatów? To wprawdzie kolejny poziom, ale pewnie chodzi o kasę, bo kto nie weźmie jelenia chcącego bulić za kilka liter przed nazwiskiem? To może i ci bliżsi połaszą się na moje czesne? Pozostaje nadzieja, albo dwa lata dymania podwójnego dystansu i płacenia na najważniejszą w tym państwie instytucję. Zawsze mogę to potraktować, jako spłacanie zaległych datków. Tak mnie dopadli ;p

niedziela, 21 lipca 2013

ból oczu i uszu

Powroty zza granicy wiążą się nieodłącznie z nagłym wystawieniem na pastwę atakujących mnie zewsząd reklam. Nigdzie, ale to nigdzie nie widziałam takiego syfu przy drogach i na budynkach, a tylko w tej podróży przejechaliśmy przez pięć państw. Do tego to, co serwuje nam radio i telewizja. W czasie posiłków, Trójka na bank wleje w moje uszy smakowite dźwięki reklam krążących wokół jelit, odbytnicy, pochwy i penisa, bo ostatnio straszna moda na specyfiki na potencję. Swoją drogą, to ciekawa jestem, jak bardzo wzrosła dzięki nim liczba facetów zaczynających wątpić w swoją męskość i rozważających zakup supertableteczek.
Poziom tego, co można obejrzeć w telewizorze, pełza z reguły na poziomie depresji i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszyscy twórcy reklam w Polsce to bezmyślni debile. A były przecież fajne kampanie, np IKEI,  'sucho ma ta palma' weszło do obiegu, bywało zabawnie, lekko i inteligentnie. Co się stało z ich twórcami, przecież nie nastąpił chyba nagły i masowy zanik szarej substancji?

No dobra, poskarżyłam się, naleśniki usmażone, mogę iść cieszyć się niedzielą ;)

sobota, 20 lipca 2013

give me, give me, give me a man after midnight


Po wakacjach w gorących krajach zostały mi strzępki melodii tłukących się po głowie, bo przez dwa tygodnie ponauczaliśmy się wszystkiego na pamięć oraz stopy w trzech odcieniach, co jest skutkiem noszenia sandałów rozmaicie wykrawanych. Jest jeszcze tona wspomnień, bo odwiedziliśmy tak wiele miejsc, że jeszcze z rok będzie mi się przypominało ciągle coś nowego.
Umarłabym, gdybym miała siedzieć dwa tygodnie na tyłku w jednym miejscu, ale teraz czuję, że chętnie posiedziałabym w ciszy na bezludziu z ciepłym morzem na podorędziu, tylko żeby nie było tak sakramencko słone. Moczyliśmy tyłki w dwóch morzach i ich pięciu zatokach na siedmiu różnych plażach i w trzech basenach, to można dostać zadyszki. Ale cudnie było.
Za tydzień kolejny wyjazd, znów będzie międzynarodowe towarzystwo w domu. Poprzednio było sześć osób i cztery nacje, teraz będzie pięć narodowości, na taką samą liczbę mieszkańców. Ale za to cztery łazienki ;)
No i wisienka na torcie: znowu idę do szkoły, ale niech się zacznie, to dopiero zobaczymy. Może być wesoło.